Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Styczeń 2010

– Nigdy na to nie pozwolę – odpowiedziałem. – Batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz Bułyciński, nie potrzebuje takiej reklamy. – Ty się lepiej zastanów – mówi Tielegin – zanim mi coś odpowiesz. Znasz powiedzonko: Kuj żelazo póki goreje. – Też mi myśliciel się znalazł – odpowiadam. – Pewnie, że znam. Ale co ty Tielegin, chcesz przez to powiedzieć? – to chcę powiedzieć, durna pało – wrzeszczy mój sąsiad – że jesteś ciemny, jak tabaka w rogu! Ty analfabeto od deszczu i gradobicia! Ty cumulusie parszywy! – i Tielegin siada na pieńku z wyczerpania. – Daj się lepiej coś napić – mówi po chwili – bo mnie szlag od twego nieuctwa trafi! Daję mu pociągnąć łyk spirytusu, który na wszelki wypadek przezornie pod belkę chowam. Trochę mi głupio. Radia rzeczywiście nie słucham od kiedy chóry skasowali. W pierwszych latach po wojnie słuchałem. Dużo wtedy pieśni nadawano wojskowych i różnych takich… Szczególnie rosyjskich. Sam kiedyś w basach przeszło czterdzieści lat śpiewałem. Od tego stania w cerkwi na klirosie, przed głównym ołtarzem, to mi żylaki do dziś zostały. Śpiew więc ocenić umiem. Ale kiedy zamiast chórów różne takie krzyki nadają, nasza „toczkę” na karmnik zamieniłem. I wróble w niej teraz domek mają. Przynajmniej pożytek z tego jest jakiś. Co się tyczy telewizji – to nie lubię jakoś i przyzwyczaić się nie mogę! Szewc Stiepaszkin telewizor ma, a żonę bije. – Przestałbyś, Stiepaszkin, żonę tłuc – powiadam mu kiedyś grzecznie. A on mi na to: – Co cię to obchodzi… Ty kineskopie! – Może i jestem kineskopem – powiadam – ale braku kultury nie znoszę. Jak ktoś jest chamem, to mu i telewizor nie pomoże. I od tej pory do niego nie zachodzę. Toteż Tielegin mocno mnie zawstydził i dawaj go po jednym kieliszku i drugim wypytywać, co i jak. Pił chętnie i opowiadał rzeczy takie, że wierzyć się nie chce. - Cała Europa – powiada – trąbi o naszym Igorze Iwanowiczu! Nadano nawet specjalną audycję, w której pokazano, jak Igor Iwanowicz lata ptakiem. No i twoja baba też była widoczna, jak pyzy turystom sprzedaje! – Tu cię mam! – pomyślałem zirytowany. – Do telewizji – głupia – ci się zachciało!… Dam ja ci pracę w branży turystycznej, artystko jedna! – i mimowolnie – rzemień u portek pomacałem. Ale zaraz mi się  Stiepaszkin przypomniał i wstyd mi było. – To jeszcze nie wszystko – mówi Tielegin. – Jutro do nas Amerykańcy przyjeżdżają. Na własne oczy chcą zobaczyć Igora Iwanowicza. Pewnie nas zakupią z całą parafią. – Jak to zakupią? – mówię przerażony. – Czy można kupić dusze chrześcijańskie i ich duszpasterza? Tielegin, odpowiadaj, bo mnie diabli wezmą. Cóż to, pańszczyzna? Mamy przecież XX wiek! Mów, Tielegin – do jasnej cholery! Skąd ci takie myśli do łba przychodzą? A co na to Rada i sekretarz? Nie dopuszczą chyba do takiej agresji? - Prawidłowo rozumujesz, bracie – odzywa się Tielegin. – Ale Amerykańcy mogą nam hotele, drogę i lotnisko dla samolotów wybudować. – Droga by się przydała – mówię po namyśle – ale po co zaraz hotel, to mi się mniej podoba. Byłem ja, bracie, w Petersburgu i widziałem jeden taki niby „hotelik”. Rozpusta i tyle! - Co było, a nie jest – przerywa mi znowu Tielegin – nie pisze się w rejestr. Hotele będą dla różnych takich panów i damulek dostępne. A my z tobą w charakterze dekoracji do fotografii pozować będziemy. Zamiast niedźwiedzi lub innej turystycznej atrakcji. – I na co nam przyszło? – myślę sobie po odejściu Tielegina. – Żyliśmy spokojnie, po ludzku i tak byłoby zawsze, gdyby nie ty, Igorze Iwanowiczu, i nie ta twoja pycha! Może rację ma ksiądz proboszcz, że cię o pychę oskarża? A teraz masz! Masz reklamę! Masz to, czego chciałeś! Tylko, czy chciałeś tego, Igorze Iwanowiczu? Czy do tego dążyłeś, żeby nas zamieniono – jak powiada Tielegin – w białe niedźwiedzie, które do fotografii pozują? Czy o to ci chodziło, protojereju nasz prawosławny i ojcze Igorze Iwanowiczu? Wierzyć się nie chce! Ja wiem, że ci się tu ckniło czasem za szerokim światem, za życiem innym  niż nasze, bo człowiek już taki jest, że jak ma to, co ma, chce czegoś więcej. Rozumiem! Wszystko rozumiem. W tajemnicy ci nawet powiem, Igorze Iwanowiczu – jak na spowiedzi świętej – że ja też, gdybym mógł latać, polatałbym. Taka już we mnie natura i nie ma w tym nic dziwnego. Poleciałbym daleko, znacznie dalej niż ty, Igorze Iwanowiczu, może dalej niż do Petersburga, gdzie w młodości bywałem – a może jeszcze dalej… Przyznać się wstydzę! Ale nie gubże ty nas, nieszczęsny, bo i siebie zgubisz! Wróć, ojcze duchowny, bo jakoż to nam żyć w tym świecie hoteli, autostrad i samolotów. Czy nie żyliśmy z tobą jak trzoda z pasterzem? Czy wymawialiśmy tobie twoje fanaberie i fiu-bździu, dopóki nie zaczęła się ta Sodoma i Gomora. Czy narzekaliśmy na chciwość albo łakomstwo żonki twojej, Jewdokii Iwanownej – na temat której niejedno można powiedzieć? I na to, że Małynicz nosa zadziera twoim teściem będąc. Ale teraz przebrała się miarka! I za dużo tego wszystkiego! Jeśli nie posłuchasz mnie, Igorze Iwanowiczu, zostaniesz sam. Bez swojej owczarni, sam jak palec. Odwrócą się od ciebie wszyscy. Wszyscy tobą gardzić będą.

Mówiłem tak jeszcze w zapamiętaniu dość długo i popłakałem się nawet, ale cóż z tego, kiedy batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz Bułyciński, już czwarty dzień latał nad miasteczkiem.

Nazajutrz skoro świt raban się wielki uczynił, że Amerykaniec, który hotele i autostrady chce nam budować, nadjeżdża. Pędzą wszyscy na rynek, pędzę i ja, zmęczony po bezsennej nocy i obolały, bo złe przeczucia mnie trapią i spać nie dają. Na dzwonnicy, Małynicz na prośbę przewodniczącego czatę wystawił. Czata w osobie Jemiołuszki nieźle się spisuje, bo raz po raz Jemiołuszka alarm podnosi, drąc się, jakby go ze skóry obdzierano. – Jedzie, bracia! Jedzie! Ale nikt jakoś nie jedzie, poza bryczką, Tielegina, który uroczyście na rynek zajechał. Wreszcie, z daleka, kurzawa się wielka podniosła, z tej kurzawy czarny wóz wyskoczył. Limuzyna ogromna, jak smok, na rynek pędzi. Ledwo żeśmy uskoczyć pod ścianę zdążyli. Jemiołuszka mordę teraz na całego drze, ktoś po Małanicza pognał, ktoś gorączkowo przewodniczącego szuka, który tymczasem spocony i blady po drugiej stronie rynku kartkę z napisanym przemówieniem jeszcze raz czyta. Wreszcie drzwi limuzyny otwierają się z trudem, bo ludzie wokół się ścisnęli i wysiada z nich pryk rudy jak Judasz, w słomkowym kapeluszu z szarfą, w ogromnych binoklach na nosie. Wypisz, wymaluj, Amerykaniec! Nasz przewodniczący godnie chce się znaleźć i mowę palnąć, a ten bezceremonialnie owłosioną łapę wyciąga i szur…szur…coś zagaduje. Przewodniczący aż spąsowiał z przerażenia, tym bardziej, że po ichniemu ani w ząb nie rozumie. Wypychają, więc mnie, żebym tłumaczył wszystko dokładnie… Sam zresztą jestem sobie winien, bom niepotrzebnie w knajpie język strzępił na temat jednego Anglika, którego jeszcze będąc w wojsku poznałem. Anglik ten w cyrku Smoleńskiego występował. Dobry był z niego chłop, choć dziwny. Do wódki – na przykład – wody sodowej dolewał. Jadł mało i tylko rzeczy słodkie. Aż obrzydzenie brało patrzeć! A do wszystkich mówił: „Hał du ju du”. Od niego się właśnie nauczyłem tego: „hał du ju du”, – co po naszemu „jak się masz” oznacza. Ale co innego Anglik, a co innego – obecny tu – Amerykaniec! Anglik – na przykład – był chudy i mizerny, ale uśmiech za to miał przyjemny. A ten zębiska takie do mnie szczerzy, że mu chyba kobyła Tielegina pozazdrościć może. Anglik pracował przy koniach w charakterze masztalerza, stąd i zapach miał przyjemny. A ten jakimś obcym tytoniem śmierdzi… Przepychali mnie jednak do niego, więc co było robić: – Hał  du ju du – grzecznie powiadam. – Du ju spik inglisz – ucieszył się Amerykaniec i poklepał mnie po plecach. Zdenerwowałem się jeszcze bardziej, ale również go klepię zapamiętale, bom w porę sobie przypomniał, że ich zwyczaj tak każe… Klepiemy się, więc tak z dobre pięć minut, aż wreszcie Amerykaniec pierwszy tych poufałości zaprzestał i powiada: – Ja też mówić trochę po ruski, trochę po polski. Moja babcia być z Białegostoku!  – Co on mówi? – niecierpliwi się przewodniczący. Kamień mi z serca spadł, że cośkolwiek jednak rozumiem, więc tłumaczę przewodniczącemu wyniośle: – On mówi, że trochę rozumie po naszemu.

cdn

Miasteczko nasze nieduże – prawdę mówiąc – dziura i świat zabity deskami. Żyć jednak w nim można. Zresztą, ja tam nikomu nie zazdroszczę! A bo to wiele człowiekowi do życia potrzeba? Moim zdaniem niewiele! Najważniejszy jest spokój i życzliwość sąsiedzka, żonka w miarę dobra, niegadatliwa, no i klimat, czyli atmosfera. A klimat mamy nie najgorszy! Gdzie indziej – słyszysz – burze, huragany, trzęsienia ziemi, wyże i niże baryczne, czort wie, co się z tą pogoda wyprawia… A u nas zawsze pogoda w granicach normy! Jak zima, to zima trzaskająca i śnieg aż po uszy, a jak lato – to z kolei łaźnia i pocisz się zdrowo. Znam się trochę na tym, bo w ogrodzie pod jabłonką, skrzynki z pogoda pilnuje, którą z takiego biura od pogody z Białegostoku przywieźli. „Pilnujcie tej skrzynki i zapisujcie wszystko o pogodzie” powiedział taki jeden uczony. Może on i uczony, chociaż po mojemu człowiek na pogodę wpływu nie ma i mieć nie może! Pilnować jednak pilnuję, bo mi nawet za to i trochę grosza kapnie. Co tydzień też regularne meldunki piszę w sprawie pogody. Zawsze według wzoru:„Pogodnie albo dość pogodnie. Wiatry umiarkowane, południowo-zachodnie ciśnienie takie a takie – cumulusów nie zauważyłem”. No i dopisek „Obywatelu magistrze” – bo ten uczony od pogody to magister – „przyjeżdżajcie do nas na jabłuszka, miodek i pogaduszkę! Śliwy w sadzie –to aż od samej słodyczy pękają! Takie mamy lato. A jak przyjedziecie, i coś mocniejszego na ząb się znajdzie”. Jakoś jednak nie przyjeżdża. Pisze, że czasu nie ma. I za czym oni w tym wielkim mieście tak gonią? Życia i tak nie przegonisz! Lubię też czasem napisać, co się u nas dzieje. – Fajnie piszecie – powiedział kiedyś. – U nas cały urząd wasze listy czyta i zarykuje się ze śmiechu. I jak to wszystko między wierszami zręcznie układacie, że cumulusy w normie, że macie teraz pielenie buraków, że ktoś tam komuś w mordę dał! - Trochę to mnie ubodło. Ostatecznie, co do buraków, zgoda! Może nie w porę się wybrałem? Ale mordobicie wszędzie może się zdarzyć. No, nie? Pisałem, bo akurat Nikołaj Aleksandrowicz Gradusow – regent naszego chóru cerkiewnego – sprawiedliwie zasłużył sobie na to, żeby w mordę otrzymać. I otrzymał! – Do cudzej baby nie leź, nawet jak głos masz niczym trąba jerychońska i w oktawie śpiewasz. A jak leziesz, to tak, żeby cię nikt nie widział… Ech! Może rzeczywiście niedobrze się stało, że o tym wszystkim napisałem? Co robić? Taki już mam charakter i wszystko dokumentnie opisać muszę. To po dziadku, który nawet cały atopis cerkiewki naszej i parafii ułożył. Mordobicie jednak – jak już powiedziałem – choć wszędzie może się zdarzyć, u nas rzadko bywa. Naród nasz na ogół spokojny, choć istna to wieża Babel! Prawosławni, katolicy, mahometanie i Litwin – ale ten ateista, do kościoła żadnego nie chodzi. Nikomu to – prawdę mówiąc –nie przeszkadza. Po swojemu każdy Boga chwali. Stąd i kościoły mamy trzy: prawosławny,katolicki i meczet – w różnych stronach rynku porozrzucane. Cmentarze też trzy! Słowem: wszystko na miejscu. W niedzielę aż przyjemnie posłuchać. W cerkwi dzwonią, w kościele organy grają, to znów nasz chór im odpowiada, a z minaretu pomocnik imama – Ali Turczyński – mordę drze. Na święta Bożego Narodzenia czy też Wielkiejnocy wszyscy sobie wizyty składamy. A bywa i tak, że najpierw katolicki „prazdnik” obchodzimy, później jeszcze nasz i tak dalej… Najgorzej mają muzułmanie, czyli Tatarzy, którzy od trzystu lat w naszym miasteczku wyrobem baranich kożuchów się trudnią. Ich święta jakieś dziwaczne, bo zawsze dopiero w parę miesięcy po naszych wypadają. Na ramadan jednak wszyscy przed meczetem głowy odkrywamy i życzenia im składamy, a Tatarzy baranina nas częstują. Kiedyś różnice były większe niż teraz, ale teraz się wszystko jakoś zatarło na większą chwałę bożą, bo batiuszka nasz prawosławny , Igor Iwanowicz Bułyciński – między nami mówiąc – to człowiek tolerancyjny i elegancki! A i  ksiądz proboszcz choć na jezuitę wygląda – w kawalerii kiedyś służył, później w partyzantce i prawdę mówiąc, bardziej z niego wojskowy niż ksiądz. Co się zaś  tyczy imama- ten to właściwie chłop i gospodarz jak my wszyscy. Tyle że kiedyś się w Wilnie na imama wyuczył  i teraz , niewiele rozumiejąc, pacierze po ichniemu, czyli muzułmańsku, klepie.

   Nieraz lubię sobie pomarzyć, choć czasu na to niewiele. Wychodzę więc, skoro tylko słoneczko zaświta, przed dom do sadu, na pieńku – gdzie swoje miejsce upatrzone mam od lat – siadam i pierwszego papieroska zapalając marzę, co tez mi ten nowy dzień przyniesie. W oborze krówki żonka doi, ciepłym mlekiem i nawozem też przyjemnie pachnie, a ja sobie marzę o powszechnym rozbrojeniu i o wiecznej życzliwości. Bo i na co komu wojny? Tę ostatnia tośmy okropnie przeżyli. Byłem i ja na światowej, ale czegoś podobnego, jak ta ostatnia wojna, powiadam wam, nie widziałem. Przewaliła się i u nas ciężko. Pół miasteczka stratowała, wiele ludności zginęło, którą później pod lasem pochowaliśmy i tam do dziś leży… Zastanawialiśmy się nawet ostatnio, czy ich na cmentarz nie przenieść, ale z powiatu pismo przyszło, że lepiej grobów nie ruszać, bo są to mogiły masowej zagłady. No to nie ruszaliśmy ich… Umarłemu i tak wszystko jedno, gdzie leży.

Wracam jednak do tematu. Otóż myśleliśmy  że po tej wojnie zasłużony odpoczynek nam się należy. I żyliśmy nawet spokojnie, aby cicho, i z dala od tych wszystkich spraw, które nie są konieczne, bo człowiekowi wiele się zdaje, że to jest ważne, a tamto jeszcze ważniejsze – a wszystko funta kłaków niewarte! Pilnowaliśmy tez, żeby na nas zbytniej uwagi nie zwracano, bo i po co? Lepiej nie podskakuj – mówi przysłowie. Wyżej nosa i tak nie podskoczysz! Taka była nasza filozofia. I wtedy, gdy się zdawało, że dożyjemy w spokoju dni naszych, zaczęło się to nieszczęście. Batiuszka prawosławny, nasz Igor Iwanowicz Bułyciński, wyleciał ptakiem. I po co ja to wszystko piszę? Chyba ze zdenerwowania albo z tego, że się człowiek wyżalić  nie ma przed kim. Nawet żony już nie mam. Miałem żonę i nie mam. Dobra z niej była kobieta, ale od paru dni, od chwili kiedy batiuszka nasz prawosławny Igor Iwanowicz Bułyciński lata ptakiem – coś ją opętało… Czort wie co. Siedzi teraz plackiem na rynku i handluje. Zresztą wszystkich opanowała żądza handlu i bogacenia się. Moja w branży turystycznej pracuje. „Turystów zaopatruję” – powiada –„którzy na batiuszkę naszego, Igora Iwanowicza Bułycińskiego przyjeżdżają popatrzeć”. Bliny im gotuje. Barszcz małorosyjski z fasolą i pyzy. Zachłanna taka?! Wszystkie baby powściekały się z chęci zysku. I nie tylko baby! Ot, wczoraj przychodzi mój sąsiad Grigorij Antonowicz Tielegin i powiada: – I cóż ty, Mikołaju, jak borsuk w chacie siedzisz i ciągle coś w tym swoim zeszycie szrajbujesz?    – A co ci do tego – odpowiadam grzecznie. – Co szrajbuję – to moja sprawa! Chciałbyś, ale się nie dowiesz! Choć jest tam i o tobie… – O mnie? – niby dziwi się Tielegin. – A cóż ty możesz o mnie pisać? Ty niedouczku niewyświęcony! Aluzja niby, że się kiedyś na popa uczyłem, ale brutalna jak i niesmaczna. Wkurzyło mnie to trochę i mówię: – A choćby to, żeś bałagułą został i od kolejki to całe turystyczne paskudztwo wozisz! – A wożę – odpowiada dumnie Tielegin – wożę! A i twoja baba zarabiać może? To ja też zarabiam! Ludzie przyjeżdżają sobie popatrzeć. Chcą patrzeć, niech płacą! Przynajmniej takich! Delikatne, perfumowane! Prima sort! - Nic mnie to nie obchodzi – powiadam. – Nie takie ja damulki widywałem, jeszcze w Petersburgu będąc. Bywało, zajedziemy ze znajomym żandarmem… – Daj spokój, Mikołaju – przerywa mi Telegin, człowiek bezceremonialny i dlatego widocznie go nie lubię – słyszałem to już wiele razy. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Ot, lepiej byś lornetkę swoja wyciągnął, co ci ten inżynier podarował. – A na co ci moja lornetka? – pytam zaciekawiony. - A na to, że punkt obserwacyjny dla turystów możemy raz dwa urządzić. Żeby sobie na Igora Iwanowicza wygodniej mogli popatrzeć. 

cdn

Nazajutrz zwołano nadzwyczajne posiedzenie Rady Miejskiej. Pierwszy zabrał głos sekretarz.   – Nie mamy nic przeciwko lotom obywatela Igora Iwanowicza Bułycińskiego – powiedział.- Obywatel Bułyciński pełni w naszym miasteczku odpowiedzialną funkcję metafizyczną, jako taki ma prawo do pewnych eksperymentów w tej dziedzinie. Oczywiście, ze wolelibyśmy, gdyby pierwszy latał ptakiem w naszym miasteczku ktoś z nas. Wcale nie ukrywamy tego, że w najbliższej przyszłości delegujemy kogoś do tej roli. Ale sprawa obywatela Bułycińskiego ma dla nas jeszcze inny, dodatkowy aspekt. Zastanówmy się, towarzysze, czy w fakcie latania ptakiem nie ma przypadkiem chęci oderwania się od naszego miasteczka, od ziemi rodzinnej, od przyjaciół i znajomych? Czy nie ma w tym pogardy dla nas wszystkich? Obywatele, otwieram dyskusję…   

 - Moim zdaniem – powiedział przewodniczący Rady Miejskiej, który reprezentował poglądy bardziej umiarkowane – w samym fakcie latania ptakiem Igora Iwanowicza Bułycińskiego nie widzę nic podejrzanego. Osobiście polemizowałbym ze stanowiskiem naszego drogiego sekretarza, który dopatruje się w tej demonstracji politycznych przekonań. Chyba mylicie się. Dla mnie jest problem tylko i wyłącznie ekonomiczny. Ostatecznie człowiek zawsze zazdrościł ptakom. Mówi się nawet: wolny jak ptak! Problem ekonomiczny polega jednak na tym, że miasto nasze od trzech dni oblężone jest przez turystów, gapiów i dziennikarzy! Prasa wszelkich odcieni szeroko rozpisuje się na temat tego wydarzenia! Musimy być przygotowani na prawdziwą inwazję gości z kraju i z zagranicy! Grozi nam brak chleba, wody i klęska nieurodzaju! Kto wie, czy wobec braku kanalizacji nie wybuchnie epidemia? Oto, nad czym powinniśmy się zastanowić!   – Protestuję przeciw trywialnemu ekonomizowaniu – powiedział sekretarz – i proszę to zaprotokółować. Ekonomia nie istnieje bez polityki? Co to znaczy: wolny jak ptak? „Wolność jest to uświadomienie konieczności!”   – Nie kłóćcie się, panowie – oświadczył doktor. Ja również zastanawiałem się nad tym fenomenem natury naszego drogiego przyjaciela Igora Iwanowicza Bułycińskiego, która każe mu latać ptakiem. Otóż – jeśli to panów interesuje – doszedłem do wniosku, że zachodzi tu dziwny przypadek lewitacji, znany z hipnozy, wobec którego medycyna jest jeszcze zupełnie bezradna. Niewykluczone także, że Igor Iwanowicz utożsamia się z jakimś ptakiem – oczywiście dużym – na przykład choćby z orłem albo z jastrzębiem? Mielibyśmy także wobec tego dodatkowy i rzadki przypadek tak zwanej paranoi – niesłychanie interesujący z punktu widzenia teorii psychiatrii. Alternatyw takich zresztą jest znacznie więcej! Freud w swoim czasie…  

- Teraz ja protestuję, i proszę to starannie zaprotokołować – krzyknął nauczyciel, człowiek młody i popędliwy. – Doktor zohydza nam najpiękniejsze i najszlachetniejsze porywy duszy ludzkiej! Freud?! Co do tego ma ten stary bałwan! Czy naprawdę mamy słuchać tej pseudonaukowej interpretacji? Nie obchodzi mnie ta cała czcza gadanina o fizjologii, psychiatrii i anatomii! Czucie i  wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko.     – Mówcie konkretnie o co wam chodzi – zaniepokoił się sekretarz.- Nie wszystkie cytaty mogą się odnosić do naszej rzeczywistości.   – O co chodzi? – załamał ręce nauczyciel.- A Dedal?… A Ikar?… rację ma przewodniczący, gdy mówi o odwiecznej tęsknocie ludzkiej do skrzydeł. Hej nad martwym wzlecieć światem, w rajską dziedzinę ułudy…Zresztą drodzy przyjaciele, nie będę nikogo cytował. Przeczytam wam własny wiersz o Ikarze, jaki pozwoliłem sobie w swoim czasie napisać.

   – Mam nadzieję, proszę państwa, że nie jest to wieczór poetycki naszego szanownego profesora – odezwał się ksiądz proboszcz. – Wiersze o Ikarze! Grecka mitologia i filozofia pogaństwa! Oto, czegośmy się doczekali w naszym pięknym XX wieku! A tu trzeba po prostu ratować powagę osoby kapłana, chociaż jest to kapłan odmiennego wyznania niż moje. Przejęty jednak duchem ekumenizmu będę modlił się wraz ze swoimi wiernymi, aby Pan nasz w dobroci swojej zesłał opamiętanie i odpuścił grzech pychy, jakiemu uległ Igor Iwanowicz Bułyciński. Powiedziane jest bowiem w Ewangelii św. pod rozdziałem…    -Wiem, ze ksiądz proboszcz chętnie egzorcyzmy odprawia- wycedził przez zęby radny Kirylenko – ale tym razem niech obedzie się bez tego. W naszej parafii popi zawsze latali ptakiem i taka już jest tradycja. W roku 1814 w latopisie parafialnym jest wzmianka, która dotyczyła batiuszki Timofieja Timofiejewicza Carapkina. Otóż Carapkin skonstruował nawet specjalne skrzydła do latania i poniósł śmierć, skacząc na skrzydłach z dzwonnicy na okoliczne pola.   – Jakie to piękne- entuzjazmował się nauczyciel.- Panowie uczcijmy minutą ciszy…

   – Wiem o tym- zgodził się ksiądz – ale panie Kirylenko! To zupełnie inna sprawa! To można nawet nazwać próbą technicznego eksperymentu, próbą, która niestety w tym wypadku – zakończyła się nieszczęśliwie, ale…- Żadne „ale”, proszę konkretnie – nalegał Kirylenko. – Czy w samym fakcie budowy skrzydeł do latania widzi ksiądz coś grzesznego?    – Nie widzę – odpowiedział ksiądz.    – Czyli, jeśli ktoś lata przy pomocy skrzydeł, to tym samym nie grzeszy? Za kogo pan mnie ma, panie Kirylenko – odparł dumnie ksiądz – przecież eksperymenty ze skrzydłami doprowadziły do budowy awionetek i maszyn latających, nie mówiąc już o współczesnych samolotach. O tym wie każde dziecko.    – Dobrze – podchwycił Kirylenko.- Idąc za tokiem rozumowania księdza, jeśli człowiek konstruuje samoloty i rakiety, żeby w nich latać, to również nie ma w tym nic grzesznego?    – Nie ma – odpowiedział ksiądz.    – Chociaż w przyrządach tych, to znaczy rakietach i samolotach, lata człowiek?    – Do czego pan zmierza, panie Kirylenko? – zapytał ksiądz? Zaraz powiem do czego! – zaperzył się  Kirylenko. –Bo teraz wyszła na jaw obłuda księdza. Jeśli człowiek konstruuje samolot z kupy żelastwa i lata wraz z całym tym żelastwem, to zdaniem księdza wszystko jest w porządku. Ale jeśli człowiek pragnie latać bez tego żelastwa, to wtedy popełnia grzech pychy! Dla księdza ważniejsza jest kupa latającego żelastwa niż człowiek! Dla mnie jednak ważniejszy jest człowiek!

   – Skoro mnie tu obrażają, pójdę sobie – oświadczył ksiądz, trzaskając drzwiami.    Ot i będziemy jeszcze mieli wojnę religijną – pokiwał głową  sekretarz. – A wy, co sądzicie o tym wszystkim? – zwrócił się do imama.   – Bóg tak chce- powiedział sentencjonalnie, jak zwykle zresztą małomówny, imam Ali Mohammed Mucha.   – A niech was wszyscy diabli! – zawołał zupełnie już zdesperowany sekretarz. – Ładnegoś nam bigosu nawarzył, Igorze Iwanowiczu!

Ale Igor Iwanowicz – oczywiście – nie słyszał tego wszystkiego, bowiem już czwarty dzień latał ptakiem nad naszym miasteczkiem.

cdn

Przedstawiam Państwu opowiadanie Zbigniewa Adrjańskiego, o którym pisałam na blogu 18 stycznia tego roku. Opowiadanie przepisałam wiernie z książki (za zgodą autora oczywiście) – „O batiuszce co ptakiem latał opowiadania i gawędy znad Horynia i Bugu”, Instytut Lwowski, Warszawa. Przytoczę je w kilku częściach, ponieważ jest dość długie, ale za to niezwykle zajmujące.

Miłej lektury!
Jadwiga

Z.Adrjański "O batiuszce, co ptakiem latał"O batiuszce, co ptakiem latał

Batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz Bułyciński, wielki miłośnik i znawca safianowych butów, tudzież pięknych kobiet – latał już trzeci dzień nad miasteczkiem. Był to zresztą zachwycający widoczek, można powiedzieć nawet, że kryła się w tym jakaś głębsza metafora, lub – jak kto woli – aluzja, gdyż batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz Bułyciński, latał…ptakiem.
 – Za pozwoleniem – zapytał ktoś oburzony lub nawet zgorszony – czyście się przypadkiem zbytnio nie zagalopowali? Cóż to w ogóle znaczy: latać ptakiem? Wszystko to zakrawa na wierutne łgarstwo i kpinę ze zdrowego rozsądku! Wszak człowiek jako taki, i to – w dodatku jeszcze – osoba, bądź co bądź duchowna, nie może tak ni z tego ni z owego latać… ptakiem.  – Ja również wypraszam sobie podobne „banialuki” – powie groźnie ktoś inny. – Latanie ptakiem, Obywatelu Opowiadający, nie mieści się, jak dotąd, w powszechnie stosowanych kategoriach racjonalnego myślenia oraz postępowania. Uprzejmie proszę o wyjaśnienie: co obywatel chciał przez to powiedzieć?  – Widzisz go jaki słodziutki?… Tacy są najgorsi! Ostatecznie mogę zawsze dożyć samokrytykę, ale nie znoszę takiego paskudnego gadania! A jeśli nic nie chcę przez to powiedzieć? Wolno mi? Wolno! Konstytucja nie zabrania. Już wy mnie do filozofii ani tym bardziej do polityki nie mieszajcie! Zresztą – powiem otwarcie – co tu filozofować, skoro batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz  Bułyciński, wielki miłośnik i znawca safianowych butów, tudzież pięknych kobiet, lata już trzeci dzień nad miasteczkiem i- to się nie da ukryć !- lata ptakiem.
Za rogatkami od południa na wzgórzu, skąd widać doskonale, jak batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz Bułyciński, lata ptakiem zgromadził się tłumek ciekawych. Zjawili się nawet przedstawiciele powiatu, chociaż początkowo nasza władza terenowa  chciała ukryć cały ten incydent przed okiem wyższych czynników. Ale jak tu ukrywać, skoro batiuszka nasz prawosławny, Igor Iwanowicz Bułyciński, latał… wysoko.
Nie jestem, rzecz jasna malarzem ani fotografem, lecz spróbuję Wam to wszystko opisać. Otóż Igor Iwanowicz unosił się lekko ponad polami uprawnymi i łąkami pełnymi zdziwionego – nie mniej niż ludzie – bydła, a poły jego ciemnozielonej rewerendy rozwiewały się na wietrze niczym skrzydła jakiegoś olbrzymiego ptaka. Do tego dodajmy wspomniane już buty z czerwonego safianu – tak połyskliwe, że od butów tych zaczerwienił się cały horyzont i niebo od południowej strony stało w łunach.
Przesądni – a  gdzie ich nie brak! – mówili nawet, że to nie wróży nic dobrego i krzyczeli: –Bułyciński! Hej Bułyciński! Wracaj na ziemię! Igor Iwanowicz! Dosyć tych figli! Po dobroci ci to mówimy!… Ostatecznie, chciałeś sobie polatać – polatałeś! Przyznaj obiektywnie, że nikt ci w tym nie przeszkadzał, chociaż teraz różnie to może być komentowane. Ale co za dużo – batiuszka ty nasz! – to niezdrowo! I tak stanowczo przeholowałeś! Nie wypada przecież osobie duchownej demonstrować swojej pogardy dla odwiecznych praw natury, która nieprzypadkowo inne zadania stawia ludziom, jeszcze inne rybom – a zupełnie inne owadom i ptakom. Słowem, krótko mówiąc cała parafia stanowczo domaga się twojego powrotu na ziemię. Oddzielną grupę obserwatorów tworzyli nasi wolnomyśliciele i ateiści. – Gdyby obywatel Bułyciński wyleciał ptakiem – dajmy na to – w rezultacie zobowiązania w czynie społecznym, najlepiej na 1 maja lub z okazji innego święta państwowego – mówili – „to co innego”. A tak samowolne i nieuzasadnione latanie ptakiem przedstawiciela kleru wygląda na szkodliwą demonstrację metafizyki i tym podobnych podejrzanych ideologii. Ale batiuszka nasz prawosławny Igor Iwanowicz albo nie słyszał tych głosów, albo udawał, że nie słyszy, i dalej latał ptakiem. Jego – można powiedzieć – powietrzne ewolucje stawały się bardziej zuchwałe i skomplikowane. Nie jestem wprawdzie wielkim znawcą tego tematu, lecz zaryzykuję twierdzenie, że nasz Igor Iwanowicz latał nadzwyczajnie! Nawet najstarsi ludzie w okolicy nie widzieli czegoś podobnego, chociaż opowiadali, że kiedyś, przed laty, młody i egzaltowany diak Gawrilo przeleciał dla eksperymentu przez cztery zagony kapusty, nie licząc – oczywiście głośnego incydentu z ryżym Prokopczukiem, który przyłapany na czułym „tetatet” z aptekarzową, wyleciał z balkonu – tak jak go Pan Bóg stworzył – przeleciał ze strachu całą szerokość rynku i wylądował szczęśliwie w otwartych drzwiach piekarni, gdzie pracował. Ryży ma zawsze szczęście!
Wracajmy jednak do tematu. To, co demonstrował nasz Igor Iwanowicz Bułyciński, to była wyższa szkoła pilotażu, była – bez przesady! – wyższa szkoła latania ptakiem. Początkowo batiuszka jakby tylko poruszał się w powietrzu, zawieszony między niebem i ziemią, leniwie przebierając palcami u rąk jak człowiek, który z lubością – a nawet znawstwem – zażywa orzeźwiającej kąpieli. Później widocznie jednak zasmakował w swoim położeniu, oswoił i nabrał odwagi, bo nagle zaczął zataczać esy i floresy, koła, pętle, ósemki, wreszcie pikował prosto na nas z poszumem krótko strzyżonej, gęstej brody, to znowu przewracał się na boki, brzuch, plecy, aż strach było patrzeć! Najwyraźniej dawał tym samym do zrozumienia, że kpi sobie z nas – podobnie jak i z prawa ciążenia – oraz, że on, nasz dotychczasowy batiuszka i protojerej, powszechnie znany i szanowany Igor Iwanowicz Bułyciński, ani myśli wracać do nas na ziemię. Toteż wokół zapadła męcząca cisza. Wszyscy intensywnie zadzierali głowy do góry, medytując, jak zmusić Igor Iwanowicza do powrotu.
Nawet mnie ogarnęła złość, a później jeszcze apatia.
Ktoś zaproponował, że należy uderzyć w dzwony i ogłosić stan wyjątkowy. Niewykluczono także użycia siły. Trzydniowy lot Igora Iwanowicza Bułycińskiego wywołał bowiem panikę i spowodował zakłócenia w gospodarce. Latający batiuszka wypłoszył z całej okolicy wrony, kawki i wróble. W świeżych skibach ziemi zalęgły się dżdżownice. Nie mówiąc już o innym paskudztwie. A miasteczko nasze przecież słynęło z uprawy warzyw, ogórków i kapusty. Ba! Nawet miedzianą cebulę cerkiewki toczył jakiś czerw smutku. A już sam jej widok co wrażliwszym wyciskał łzy z oczu. Tym bardziej, że od trzech dni stała na niej dorodna i tak zwykle wesoła popadia Jewdokia Iwanowa, która przesłoniwszy oczy dłonią od blasku zachodzącego słońca, a może i łez – wołała łamiącym się głosem: – Igor Iwanowicz! Wracaj, sokole ty mój, na kolację! Ot, widzisz, przyniosłam ci faskę bigosu! A Małanicz świniaka zabił! Chcesz, to zrobię ci kindziuk albo skwarek nasmażę? Dosyć już! Wracaj, ukochany!  To było wzruszające, lecz Igor Iwanowicz serce miał z kamienia, zniżył się tylko w stronę, gdzie wyglądała go Jewdokia Iwanowa i burknął: – Daj spokój, kobieto! Zostaw faskę na dzwonnicy i idź spać! Sam wiem, kiedy mam wrócić. Czy nie widzisz, głupia, że ziściły się moje marzenia?! Popatrz, jak latam ptakiem! I dalej szybował po niebie. – A ja nie mogłabym polatać z tobą, Igorze Iwanowiczu? – błagała Jewdokia – już trzecią noc czekam na ciebie w naszej sypialni! Nie godzi się tak zostawiać żony w opuszczeniu! Ludzie śmieją się ze mnie! Na szczęście, stary, kulawy diak Małynicz, przybrany ojciec popadii, pierwszy obruszył się na podobne ciągotki. – Też mi coś – powiedział i splunął. – Jeszcze tego tylko brakowało, żeby baba latała nad miastem. Tfu!… Wstydu za grosz nie masz! Nie tak cię chyba chowałem Jewdokio Iwanowo. A teraz, masz ci los, doczekałem!… Nie ma co! Mało jeszcze zgorszenia, to i ty, głupia, gołym tyłkiem po niebie chcesz świecić?! Idź lepiej spać, jak ci mąż przykazał!…Po czym z trudem  zlazł  z dzwonnicy i zaczął rozniecać wokół cerkwi cztery ogromne ogniska, aby Igor Iwanowicz mógł sobie spokojnie wylądować w ciemnościach. Zaraz po tym wzeszedł nów, psy w całej okolicy wyły niespokojnie, zrobiło się zimno, wietrzno i nieprzyjemnie, ale batiuszka nasz prawosławny Igor Iwanowicz Bułyciński nadal latał ptakiem.

 c.d.n.

Plakat Europy

Właśnie przeczytałam na podanej poniżej stronie o konkursie na Plakat Europy, w którym bierze udział Polka i do tego ma szansę wygrać konkurs. Plakat przedstawia kieliszek z literkami Europa. Podaję  adres strony: http://www.designeurope2010.eu/.

Maria Mileńko reprezentuje Polskę, jest z ASP w Poznaniu.

Jeżeli chcesz zagłosować, to wejdź na w/w stronę, zaznacz 10 gwiazdek pod plakatem nr 2 – kieliszek z nazwą EUROPE – i wyslij (submit, potem trzeba podac tylko swój email).

POMÓŻ MARYSI WYGRAĆ! Plakat jest piękny, zobacz i zagłosuj!

Serdeczności,
Wasza Jadwiga

Taka wiadomość nadeszła od organizatorów konkursu :

Delsaute Jean-Luc wysłał wiadomość do członków grupy Design a poster for Europe Day 2010.

——————–
Temat: Dear Members…

It has been brought to our attention that Elizabeth Rodríguez González has not respected the rules of the competition and as a consequence the European Commission has decided to exclude her from the competition. We apologise to all her honest supporters and would urge everyone to keep voting for the remaining candidates…

Jean-Luc DELSAUTE, project manager at EURESIN, in charge of the Poster Competition

PT, ES and PL version also available below !

PL: Ustalono, iż Elizabeth Rodríguez González nie przestrzegała reguł konkursu. Konsekwencją tego fatku jest decyzja Komisji Europejskiej o wykluczeniu jej z udziału w konkursie. Pragniemy przeprosić tych ktorzy głosowali na nią w sposób uczciwy oraz zachęcamy wszystkich do głosowania na pozostałych kandydatów.
PT: Tomámos conhecimento de que Elizabeth Rodríguez González não respeitou as regras do concurso e, em consequência, a Comissão Europeia decidiu exclui-la do concurso. Pedimos desculpa a todos os seus apoiantes honestos e encorajamos todos a votar nos restantes candidatos..
ES : Notamos que Elizabeth Rodríguez González no respetó las normas del concurso y en consequencia la Comisión Europea decidió excluirla del concurso. Pedimos disculpa a sus partidarios honestos y instamos a todos que continuen a votar en los restantes candidatos.

Tym razem szanse naszej kandydatki z Polski Marysi Mileńko, sa naprawde OGROMNE, a zatem głosujmy !

W tej chwili Marysia prowadzi w konkursie.

Powodzenia Marysiu! Trzymamy kciuki !

Serdeczności

Wasza Jadwiga

Dzien Babci i Dzien DziadkaDzień Babci i Dzień Dziadka to nieoficjalne święta mające na celu uhonorowanie wszystkich babć i dziadków. W te dni tradycyjnie nasi wnukowie składają życzenia swoim babciom i dziadkom i obdarowują ich kwiatami, laurkami i prezentami, często wykonanymi przez siebie.

W Polsce Dzień Babci to stosunkowo młode święto, gdyż obchodzimy je dopiero od około 30 lat. W innych krajach ten dzień obchodzony jest w innych terminach niż u nas, np. w USA i Kanadzie w pierwsza niedzielę po Labour Day czyli Dniu Pracy i jest on nazwany National Grandparents Day – czyli Narodowe Święto Dziadków (dziadków i babć oczywiście). Dla ciekawości dodam, że święto to zostało zatwierdzone przez Kongres i Prezydenta Jimmiego Cartera, który w 1978 r. podpisał proklamację ustanawiającą pierwszy poniedziałek września  świętem oficjalnym. Dzień Dziadków i Babć ma w USA swój hymn skomponowany przez Johna Prilla i zatytułowany „A song for Grandma and Grandpa”, a symbolem tego dnia jest niezapominajka, jakże jednoznaczny symbol – w języku angielskim ten kwiatuszek tak pięknie się nazywa „forget me not”( nie zapomnij mnie).

Każdy z nas ma swoją ukochaną babcię, dla nas naszą ukochaną była Babcia Maria, która urodziła się w roku 1882 w Niżnym Nowgorodzie jako córka mieszczanina Antoniego Aleksandrowicza Dejczmana, syna uczestnika powstania 1863 roku, i Konstancji Wiktorowny Ihnatowicz. Podstawowe wykształcenie babcia uzyskała w Mariańskim Gimnazjum w Ufie, a następnie uczyła się w szkole żeńskiej w Muromsku, za co otrzymała srebrny medal. Ukończyła też specjalny kurs ósmej klasy dopełniającej (domowe gimnazjum z arytmetyki) w Orenburgu 14.08.1903 roku. Studiowała w Sankt Petersburgu i 6.04.1913 roku ukończyła Sankt Petersburski Żeński Medyczny Instytut z tytułem „Dentysty z wyróżnieniem”. Jednym z wykładowców był  tam Iwan Pietrowicz Pawłow, rosyjski fizjolog, laureat Nagrody Nobla w 1904 roku w dziedzinie medycyny.

Praktykowała w Sankt Petersburskiej Szkole Dentystycznej E.F Wongl – Świderskiej.  Po powrocie w 1921 r. do Warszawy z synem Bronisławem i córką Heleną oraz swoim ojcem Antonim zamieszkali w Aninie. Jej mąż Stanisław wrócił do niepodległej Polski dopiero w 1923 roku. W tym samym roku Komisariat Rządu na miasto stołeczne Warszawę zarejestrował praktykę dentystyczną babci, co umożliwiło jej podjęcie pracy jako dentystka w Gimnazjum męskim Kazimierza Jakuba Kulwiecia w Warszawie, założonym w roku 1918, a usytuowanym przy pl. Trzech Krzyży 8, w kamienicy Naimskich i Jungów.Potem babcia Maria prowadziła prywatną praktykę w Aninie. Babcia aktywnie uczestniczyła w życiu społecznym Anina, organizując spotkania Koła Młodzieży Anińskiej, które odbywały się w domu rodzinnym. O tych spotkaniach wiele osób wspominało podczas pogrzebu babci w roku 1978, który odbył się  na cmentarzu na Glinkach – obecnie Marysin Wawerski. Babcia nasza była osobową otwartą, z poczuciem humoru, młodzi ludzie garnęli się do niej, gdyż nikogo nie oceniała za postępowanie, jednak zawsze umiała dać stosowną  radę i nigdy nie nalegała na konieczność skorzystania z tej rady. Wybór zawsze należał do ciebie. Za to pokochała ją młodzież, za to kochaliśmy ją my, znajdując w niej oparcie, miłość i ciepło. 

Wiele osób zastanawia się, jak to jest z tymi naszymi dziećmi i wnukami. Ja uważam, że nasze dzieci kochamy zupełnie inaczej, rozsądniej, ponieważ sprowadzamy je na ziemię w okresie naszej młodości i staramy się dać im wszystko, co jest możliwe, nie zaniedbując siebie, pamiętając o tym, że pracujemy, awansujemy, zarabiamy, walczymy o swoją pozycję społeczną i zawodową. Natomiast nasze wnuki kochamy miłością bezgraniczną. Dajemy im poczucie bezpieczeństwa, ciepło, dobroć, ocieramy im łzy, tłumaczymy porażki, cieszymy się ich sukcesami, pocieszamy dobrym słowem, przygotowywanymi przysmakami, które im,  naszym wnukom, przygotowujemy.

Czytając niegdyś książkę „Pani sekretarz stanu” wielkiej Pani Polityk Madeleine Albright odnotowałam zdanie (przywołuję je z pamięci ): „…podczas każdego przyjęcia dyplomatycznego z żonami dyplomatów rozmawiałam grzecznościowo na temat ich dzieci lub wnuków, co było koniecznością, ale nie sprawiało mi przyjemności, ale tylko do czasu gdy sama zostałam nimi obdarzona. I teraz proszę państwa stwierdzam autorytatywnie że mając wnuki – mówię tak  po prostu – nie da się o nich nie rozmawiać…”. Tyle Madeleine Albright.

I właśnie w ten Dzień Babci i w następny Dzień Dziadka, nasi najukochańsi przychodzą do nas z kwiatkami, z laurkami, a czasami i z piosenkami, których nauczyli się w przedszkolu lub szkole i śpiewają „…u babci jest słodko, świat pachnie szarlotką…” lub „…Jak macie babcię, to się nie trapcie…”. Żaden prezent nie jest tak piękny, jak laurka wykonana rączką naszej najukochańszej pociechy. Kochamy te nasze wnuki miłością wielką i bezgraniczną, a czasami ślepą, a one starają się nam oddać to w swoich wierszykach, laurkach lub piosenkach.

Wszystkim Babciom i Dziadkom
Życzę Najpiękniejszego
Dnia Babci i Dnia Dziadka!
Życzę Słonecznego Dobrego Dnia!

Wasza Jadwiga

Rodopis Szalewiczów autor Andrzej Szalewicz

Zacytuję Państwu list, który przesłała mi Aldona Kraus.

Dziękuję Aldono,
Twoja Jawdwiga

Jestem pod wielkim wrażeniem napisanego przez Andrzeja Rodopisu Szalewiczów.  Dzieje tego  pięćsetletniego rodu znalazłam wczoraj pod swoją choinką.  Niespodzianka była zupełna. O istnieniu tej książki, wydanej przed rokiem, nic a nic  nie wiedziałam. Boże Narodzenie mamy już za sobą. Popatrz, jest niedziela 17 stycznia  2010 roku. Rano byliśmy w Kościele Środowisk Twórczych na Mszy Świętej za Ks. Jana Twardowskiego,w wigilię czwartej rocznicy Jego śmierci. Potem, niestety jeszcze w jednym kapciu, a w drugim bucie  – czyli ja, tak po twardowsku Ostry Dyżur Poetycki w Teatrze Narodowym. Uczta dla ducha. Na niej dużo Herberta i Twardowskiego, Szymborskiej i cudowne pogody, pogody,  pogody Iwaszkiewicza oraz same aktorskie tuzy.

Późnym popołudniem bal Gabrysi i Stasia w Domu Kultury w Wesołej. O tańcach w moim wykonaniu nie było mowy, choć chciałaby dusza do raju (inne babcie tańczyły). Ja byłam fotoreporterem.

Wieczorem okulistyczna robota, z zadrapanym okiem sąsiada – czyli  tak, jak powinno być i TAKI  PREZENT, i to, wszystko – 17 stycznia. Znamienna data – dziś  i wczoraj. Radości dzisiejsze  i  zamyślenie  nad tamtym 17 stycznia 1945 roku, o którym zawsze myśli się ze smutkiem.

„Wyzwolenie” Warszawy. Lata całe przypominane jako wyzwolenie,  a nie początek  kolejnej okupacji. Wtedy był tak samo jak dziś, i śnieg, i mróz. W ostrzelanym Aninie na długo przed 17 stycznia  stacjonowały radzieckie wojska, które weszły najpierw do  lewobrzeżnej  Warszawy niszczonej przez uciekających Niemców. Warszawa  prawobrzeżna,  po Powstaniu zrównana z ziemią,  nie istniała. Były groby i ruiny.

Ja miałam wtedy zaledwie siedemdziesiąt jeden dni, a mateńka moja, warszawianka z dziada – pradziada, za kilka dni, po tym niby wyzwoleniu, zostawiając mnie w Konstancinie pod opieką cioci Heli – szarytki (mogła to zrobić, bo po okrutnych przeżyciach nie miała pokarmu i karmiono mnie marchwianką), dążyła  czym się dało i dojechała do Ruin Miasta. Przeszła piechotą po zamarzniętej Wiśle na Gocław, na Murmańską, do naszego domu. Stał, nawet nie tak bardzo  poraniony kulami. Stacjonował w nim radziecki lekarz. I mieszkało wojsko. Nie znalazła  nigdzie żadnej wieści ani od matki, ani od męża, ani od reszty rodziny, jedynie zawiadomiła sąsiadów, że żyjemy. Jak opowiadała: Groza  i ból opanowały moje serce. Do domu szłam zastygła niczym Niobe, patrząc na to, co zostało z Ukochanego Miasta. Powrót do Konstancina był jeszcze straszniejszy. Ja,  która zawsze kamieniałam w chwilach złych, teraz płakałam bez przerwy. Płacz osłabiał mnie tak strasznie, odbierał chęć do życia, a trzeba było żyć. Czekałaś taka maleńka, czekał Rysio, mój osiemnaście lat młodszy ode mnie  brat, ukochana praca lekarza i mimo łez -  nadzieja, że rodzina odnajdzie się i Warszawa powstanie z ruin…

Boże! Jak mateńka, tak zawsze delikatna szła przez ruiny i po lodzie Wisły?  

Jadziu! Bardzo cieszę się tym prezentem,  który smakowałam pół nocy. Zapoznałam się zaledwie ze wstępem, obejrzałam wszystkie zdjęcia i oczywiście przeczytałam o jednym z czterech braci  – Stanisławie, synu Adolfa Szalewicza  z IX pokolenia  rodu, zamordowanym  w masakrze wawerskiej.

Za podarek serdecznie  dziękuję. Będę smakować go z radością długo, długo.

Twoje żeberka znalezione obok ksiązki pod choinką posmakujemy z Rodziną dopiero dziś. Chcieliśmy z Serżem zjeść je już nocą, ale wizja obrażonej o to reszty rodziny nakazała nocny post w karnawale.

Całusy dla Ciebie i Andrzeja,
Aldona

Zbigniew AdrjańskiTym razem chciałabym Państwu przedstawić Pana Zbigniewa Adrjańskiego – dziennikarza, literata, reportera, publicystę kulturalnego, muzycznego, autora scenariuszy estradowych, widowisk i tekstów piosenek takich jak: „Płonąca stodoła” i „Jeszcze sen”, wykonywanych przez Czesława Niemena, „Duży błąd” wykonywanej przez Adę Rusowicz, czy „Ballady o dziewczynie ze stacji benzynowej” dla Trubadurów, ponadto autora piosenek dla Ludmiły Jakubczak czy Lucyny Arskiej, dla której napisał bądź przetłumaczył wiele romansów cygańskich. 

Zbigniew Adrjański urodził się w dniu 2 lutego 1932 r. w Brześciu nad Bugiem na Polesiu, gdzie spędził dzieciństwo i lata wojenne. Po wojnie ukończył Państwowe Gimnazjum i Liceum Humanistyczne im. Bolesława Chrobrego w Sopocie. Studiował języki i literatury słowiańskie na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Warszawskiego uzyskując tytuł magistra. Jako dziennikarz debiutował  w redakcji „Po prostu”, następnie został kierownikiem działu Tygodnika Nowa Wieś redagując strony kulturalne, dodatek literacki, kolumny folklorystycznego „Jarmarku Sensacji”, pisał felietony i artykuły na temat wsi polskiej.

Jednocześnie współpracował z Polskim Radiem, był pomysłodawcą Radiowych Giełd Piosenki – prowadząc je jako prezenter i konferansjer. Redagował audycje muzyczne „Zwierzenia Prezentera” i „Spotkania przy fortepianie”. Dla Redakcji Literackiej Programu III nagrywał powieść improwizowaną „Głosem Lwa”, której współautorami byli Lew Kaltenberg, Janusz Głowacki, Walentyna Toczyska. Był również współpracownikiem i prezenterem telewizyjnego magazynu kulturalnego „Niedzielna Biesiada”.W latach 1973-1976 naczelny redaktor programów rozrywkowych TV, dyrektor naczelny i artystyczny ZPR (Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych w latach 1981-1983). Dyrektor artystyczny Stołecznego Biura Imprez Artystycznych w latach 1985-1989. W tym czasie nie porzucił swojej pracy dziennikarskiej i pisał do wielu czasopism, magazynów i specjalistycznych miesięczników. Stale współpracował z „Gazetą Muzyczną”, „Radiem Lider”, „Naszą Rodziną”  i wydawnictwem klubowym „Synkopa”. 

Proszę pozwolić mi przedstawić jego publikacje książkowe: „Wspomnienia Klowna” –Czytelnik, 1962; „Śpiewnik Zarzewia” – Iskry, 1962; „Od Zielonego Balonika do Owcy” –WAIF, 1970; „Słownik Autorów i kompozytorów” – Agencja Autorska, 1975; „Pieśni sercu bliskie” – Iskry, 1976; „Śpiewnik Iskier na różne okazje” – Iskry, 1976; „Polska piosenka i estrada”  – Agencja Autorska, 1976; „Słownik biograficzny autorów i kompozytorów polskiej piosenki” – Agencja Autorska, 1979; „Złota Księga pieśni polskich” – Bellona, 1997 (ósme wydanie w 2002 r.); „Kalejdoskop estradowy” – Bellona, 1999; „Wspomnienia z Polesia i inne dziwne opowieści” – Sowadruk, 2006.  

Pan Zbigniew Adrjański pisał też widowiska i scenariusze takie jak: „Warszawska Piosenka” Estrada Lublin, „Piszę do Ciebie” – Estrada Rzeszów, „Krajobrazy” – SBIA, „Pod Polskim Niebem” – Pagart, „Warszawskie dzieci” –SBIA, „Na Mazowszu” – Estrada Wojewódzka w Warszawie, „Pieśni sercu bliskie” – Stołeczna Estrada, „Piosenki z mansardy i poddasza” –Estrada Wrocław, „Din-Don” – ZPR, „Ech, Jabłoczko” – Teatr Muzyczny w Gdyni, „Ballady i Niuanse” – ZPR, „Cała Warszawa zobaczyć musi to!” – SBIA.

Pan Zbigniew ma wspaniałe hobby i jest to zbieranie druków odpustowych i pieśni dziadowskich, gromadzi archiwalia polskiej piosenki (wiele swoich zbiorów przekazał do Instytutu Teatralnego w Warszawie). Swój wolny czas najchętniej spędza w Sopocie, który uważa za najpiękniejsze miasto w Polsce. Jest zabużaninem z zamiłowania i zauroczenia krainą w której się urodził, ale też mówi, że kocha Polesie i białostockie, bo to najbliżsi sąsiedzi.

Za zgodą autora chcę opublikować jedną z jego najpiękniejszych opowieści: „ O Batiuszce co ptakiem latał”. Opowiadanie to jawi się nam jako utwór muzyczny. Są tu różnego rodzaju onomatopeje, charakterystyczne powtórzenia i zawodzenia tłumu, który komentuje to co dzieje się nad wiejską cerkwią. Jest to swego rodzaju „utwór” muzyczny – bez muzyki, właściwie „opera prozą”. Batiuszka jest opowieścią niezwykle sympatyczną i śmieszną, chwilami jednak demoniczną i niesamowitą. Ma w sobie wiele nastroju prozy Bułhakowa albo Leskowa, z którego Bułhakow wiele zapożyczył. Ale ta opowieść Zbigniewa Adrjańskiego o Batiuszce, który latał ptakiem… jest zdumiewająca dla jeszcze innej niewiarygodnej sprawy! Jest napisana w wybornej kresowej polszczyźnie. Są to opowieści kresowe z pogranicza polsko-rusko-białoruskiego pisane w czystej polszczyźnie bez przedrzeźniania kresowych zaśpiewów i intonacji – jak czytamy w wielu recenzjach, które ukazały się m.in. w „Kulturze i Biznesie”, luty 2007, „Wieściach”, lipiec 2003, „Nie z tej ziemi”, 1995, „Kresowej Stanicy” Nr 4/2006 (35) str. 109, „Olsztyńskiej Gazecie”, Nr 9 (47) wrzesień 2006 oraz w Internecie na www.wyczerpane.pl.

„Batiuszka”  jest najdawniejszą opowieścią. Jeszcze z czasów PRL-u. Ponieważ sam autor jest wspaniałym gawędziarzem, czasami można użyć sformułowania, że jest to opowiadanie w formie gawędy szlacheckiej albo gawędy kresowej. Piękna historia o Polesiu, którego już nie ma, którego już nikt nie odnajdzie, bo zostało przysypane stalinowskimi buldożerami, wdeptane w ziemię, zamienione w beton.

Życząc Panu Zbigniewowi Adrjańskiemu z okazji nadchodzących Jego urodzin długich jeszcze lat życia, już w kolejnych wpisach zapraszam do lektury pięknej- gawędy człowieka, który ukochał Polesie.

Wasza Jadwiga

Zima w styczniuOstatnio przeczytałam artykuł dotyczący służb medycznych, a właściwie ratowników medycznych, policjantów, strażaków i innych osób, które interweniują na miejscach wypadków. I wtedy napotykają wielkie trudności, gdy muszą skontaktować się z krewnymi lub bliskimi poszkodowanych osób. Służby te zaproponowały, abyśmy w bardzo specjalny sposób oznakowali w swoim telefonie komórkowym numery do kontaktu z naszymi bliskimi, w razie naszego nagłego wypadku. Bardzo często telefon komórkowy jest jedynym przedmiotem, który można przy nas znaleźć. Szybki kontakt z kimś z rodziny pozwoliłby na uzyskanie takich informacji jak: grupa krwi, przyjmowane leki, choroby przewlekłe, alergie i inne niezwykle ważne w takiej sytuacji dane. 

Ratownicy zaproponowali, aby każdy w swoim telefonie umieścił na liście kontaktów osobę lub osoby, z którymi należy się skontaktować w nagłych wypadkach. Numer takiej osoby należałoby zapisać pod międzynarodowym skrótem ICE, co znaczy w języku angielskim In Case of Emergency (czyli w wypadku ważnej potrzeby). Sposób zapisu jest bardzo prosty:
- na przykład telefon męża/żony (lub innej najlepiej poinformowanej o naszym stanie zdrowia, grupie krwi i innych danych osoby) wpisujemy jako ICE,
- telefon córki lub syna jako ICE1,
- telefon wnuka lub wnuczki jako ICE2,
- telefon sąsiadki lub zaprzyjaźnionej z nami osoby jako ICE3.

W ten sposób ustalamy swoją własną listę osób, które będą mogły nam i ratującym nas osobom pomóc. Im więcej numerów zapiszemy jako ICE, tym większa szansa, że ktoś pomoże nam w razie nagłego wypadku. 

Pomysł jest łatwy w realizacji, nic nie kosztuje, a może ocalić nasze życie. Ta akcja ma zasięg europejski. A więc moja propozycja: wpiszmy te numery teraz do naszej komórki, bo potem zapomnimy. Dzięki temu możemy ocalić swoje życie! Nigdy, ale to nigdy nie wiemy, co się z nami może stać, a nie zawsze nosimy wszystkie dokumenty, a także informacje lekarskie czy szpitalne przy sobie.

Taka prosta czynność może uratować nam życie, a także pomóc naszym rodzinom i wszystkim bliskim. Apel ten jest ze wszech miar godny popularyzacji! 

Serdeczności
Wasza Jadwiga

Pyszne żeberka

Składniki: 2,5 kg żeberek, śliwki kalifornijskie 2 paczki, oliwa z pestek winogron, miód płynny wielokwiatowy 5 dużych łyżek, sos sojowy jasny 5 dużych łyżek, przyprawa do mięsa na grill, ocet winny 3 łyżki.

Założenie: ilość żeberek zależy od ilości osób, które będą je jadły. Ja kupuję dwa płaty żeberek, to mniej więcej 2,5 kg, ale nie jest to zmartwienie, zaraz napiszę dlaczego. Żeberka powinny być obrośnięte mięsem i szerokie na co najmniej cztery palce, a nie takie cienkie i bezmięsne, takie są dobre tylko na zupę. Żeberka najlepiej smakują zimą, bo jest to danie pożywne, kaloryczne, ale za to pyszne.Po umyciu żeberka kroimy co dwie kostki, by była to porcja na jedną osobę. Wkładamy do kamiennego garnka lub miski, posypujemy ziółkami, jakimi kto lubi. Ja daję trochę przyprawy grillowej, jasny sos sojowy, miód płynny, ale prawdziwy, najlepiej jasny, wielokwiatowy i trochę octu winnego. Mięso mieszamy rękoma ugniatając tak, by jak najwięcej sosu zostało wchłonięte. Zawijamy folią do żywności i odstawiamy do lodówki na dwa dni. Do pieczenia używam garnka z pokrywą, który ma wkładkę rusztową. Układamy mięso w garnku na ruszcie, skrapiamy oliwą, przykrywamy pokrywą i wstawiamy do piekarnika na 2,5 godziny w temperaturze 180 stopni z termoobiegiem. Po około 50 minutach zaglądamy i polewamy mięsko sosem powstałym podczas pieczenia, jeżeli jest go za mało, uzupełniamy przegotowana wodą. Jeżeli danie ma być serwowane tylko dorosłym można podlać winem czerwonym wytrawnym lub jasnym piwem, gdy nie lubimy wina. Kontrolujemy od czasu do czasu nasze żeberka. Na 20 minut przed zakończeniem pieczenia wkładamy śliwki kalifornijskie namoczone w niewielkiej ilości wody, którą też wlewamy do garnka.  Po 2,5 godziny pieczenia żeberka powinny być miękkie, pachnące, bardzo soczyste. Podajemy z gotowanymi całymi ziemniakami, jako surówkę możemy dać gotowane brokuły lub buraczki zasmażane z niewielką ilością masła, cukru i cytryny. Podaję z całymi małymi marchewkami o wdzięcznej nazwie juniorki. Jeżeli po obiedzie została nam porcja żeberek, której nie chcemy zużyć ,mrozimy je w pudełku i wyjmujemy z zamrażarki wtedy gdy mamy taką potrzebę. Żeberka zachowaja wszelkie walory smakowe.

Marchewki w glazurze

2 opakowania mrożonych całych marchewek  juniorek(około 1 kg) wrzucamy na gotująca wodę. Obgotowujemy je około 7-8 minut. Cedzakową łyżką wyjmujemy na duża patelnię, na której rozpuściliśmy oliwę z masłem oraz 3 łyżkami cukru. Smażymy na patelni około 6 minut, wykładamy na talerz i podajemy.

Proszę spróbować, żeberka robią się same, marchewki juniorki też, sukces pani domu gwarantowany!

Smacznego!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.