Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Grudzień 2009

W piątek 11 grudnia i w sobotę 12 grudnia uczestniczyłam w XI ZjeździeZjazd Polskiego Towarzystwa Gerontologicznego Naukowym Polskiego Towarzystwa Gerontologicznego z udziałem wielu lekarzy, profesorów, ludzi zajmujących się różnymi dyscyplinami w zakresie gerontologii. Na dwudniowy kongres składały się liczne wykłady medyczne, społeczne i ekonomiczne – wszystkie dotyczące osób starszych, w końcu zjazd odbywał się pod hasłem „Pomyślna i niepomyślna starość”. Mój udział  w kongresie nie był przypadkowy, znalazłam się tam za sprawą marki emporia, która była partnerem kongresu.

W sobotę podczas sesji społeczno-edukacyjnej, którą prowadzili prof. dr hab. Olga Czerniawska oraz prof. dr hab. Jerzy Semków, miałam okazję zapoznać się z zagadnieniami dot. sztuki starzenia się, umiejętności przeżywania starości, umiejętności przekazywania prawdy o życiu, wiedzy o życiu, w powiązaniu ze sztuką starzenia się (tak, starzenie się jest wielką sztuką!), umiejętności przezwyciężania pokus bycia wiecznie młodym. Usłyszałam, że osoby starsze uważają, że starość jest stanem umysłu, a nie wieku, z czym w pełni się zgadzam.

Wykład na temat edukacji gerontologicznej określał od czego zależy pomyślna starość: od warunków medyczno-ekonomicznych, polityczno-społecznych oraz od przepisów prawnych ustanawianych przez państwo, a dotyczących ludzi po 60., czy też 65. roku życia.

Zmiana negatywnego wizerunku starości zależy od pozytywnej postawy osób starszych i korzystnych relacji międzypokoleniowych. Bardzo często w wykładach podkreślano fakt, iż  seniorzy stanowią znaczący kapitał ludzki, ze względu na swoje doświadczenie. Często stwierdzano również, że ludzie starsi nie godzą się z wejściem w fazę starości (starość to wg naukowców przedział wieku 80-100 lat), a ludzie w wieku 60-70 lat nie myślą o sobie jako o ludziach starych.

Ciekawe były dla mnie wyniki badania dotyczącego studentów Uniwersytetów Trzeciego Wieku, które pokazały, że w porównaniu ze starszymi osobami, które nie podejmują dalszej edukacji, zachowują oni dłużej zdrowie i samodzielność, są pomocni innym i mają kontakt z ludźmi. Respondenci odpowiadali również, czym jest ich zdaniem pomyślna starość. Składają się na nią: korzystna sytuacja materialna, niezależność materialna, pozytywna relacja z bliskimi, zdrowie, uśmiech i pogoda ducha, kontakty międzyludzkie, drobne radości realizowane codziennie, radzenie sobie z dolegliwościami, nie bycie samotnym.

W wielu wystąpieniach podkreślano również, że młodych trzeba edukować, gdyż ułatwi to życie i młodym, i starym (a takich wykładów na uczelniach nie ma). Większość osób starszych zdaje sobie sprawę ze swojej starości, ale boli je, gdy mówimy o nich jako o ludziach starych.

Jedno z najciekawszych moim zdaniem wystąpień było udziałem prof. dr hab. Elżbiety Górnikowskiej-Zwolak z Górnośląskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej i dotyczyło potencjału starości – duchowości i animacji ruchu odnowy psychiczno-duchowej kobiet. Pozwólcie, że przytoczę motto tego wykładu, które bardzo mi się podobało:„Nie przestajemy się bawić dlatego, że się starzejemy, ale starzejemy się dlatego, że przestajemy się bawić”.

Profesor wyjaśniła, że starość ma oblicze kobiety, ponieważ jest znaczna przewaga starszych kobiet. W starszym wieku następuje też singularyzacja życia kobiet z powodu śmierci partnera czy rozwodów. W starość wchodzą coraz lepiej wykształcone pokolenia Polek, które są otwarte na zmiany, refleksyjne, poszukują nowych form działań, są świadome swoich praw, ale też skłonne do pracy nad sobą, do poszukiwania spokoju i wsłuchiwania się w siebie. Profesor przekonywała, że dotychczasowe badania uwzględniały doświadczenia mężczyzn, ale teraz należy spojrzeć na zjawisko starzenia się przez pryzmat feminizmu. Stwierdziła, że starość jest trudna dla kobiet ze względu na warunki (mniej zarabiają, krócej pracują wychowując dzieci, stąd mniejsze emerytury), stan zdrowia, zakres obowiązków (opieka nad rodzicami, instytucja babci, wynikający z tego stres), relacje społeczne (wdowieństwo, rozwody, funkcje opiekuńcze). Bardzo mi się podobała w tym miejscu dygresja profesor Olgi Czerniawskiej: „Być mądrą kobietą to dobrze, ale być słodką idiotką też POMAGA”!

Wykłady bardzo ciekawe, możemy się z pewnymi stwierdzeniami zgadzać lub nie, zależy to od naszego punktu widzenia, jednak musimy sobie zdawać sprawę z tego, że wszyscy kiedyś będziemy starzy – choć teraz w to nie wierzymy!

Obok uczestniczenia w interesujących sesjach wykładowych podczas zjazdu, moją rolą było zaprezentowanie telefonów przeznaczonych dla osób starszych, austriackiej firmy Emporia Telecom. Po raz kolejny miałam wielu słuchaczy, gdyż telefony emporia cieszyły się ogromnym zainteresowaniem uczestników kongresu.

Wydarzenia takie jak Zjazd Naukowy są niezwykłym miejscem zarówno do poznania nowych, wspaniałych ludzi zainteresowanych problematyką osób starszych, jak i ogromną kopalnią wiedzy na temat polskich seniorów. Mam nadzieję, że uda mi się uczestniczyć w Zjeździe również za rok!

Z pozdrowieniami
Jadwiga

Niestety sytuacja w szpitalu nie jest zadowalająca. Babcia, jako osoba wiedząca znacznie lepiej od wszystkich co jej jest, chce wracać do domu i już (a rzeczywisty stan zdrowia niestety na to nie pozwala ). Ja w dalszym ciągu jestem optymistką, ale łatwo nie jest.

Jadwiga

Nagle obok mnie poruszyła się mała lalka. Wskoczyła na konia i zerknęła na kartkę z imieniem.
– Cześć Jonasz – zeskoczyła i uśmiechnęła się.
-  Cześć…
– Jestem Gertruda.
– Gdzie poszła rodzina? – spytałem zaciekawiony.
– Dowiedziałam się od misia, który dowiedział się od sanek, które dowiedziały się od drewnianych klocków, które z kolei dowiedziały się od…  – Dobrze, dobrze, ale powiedz gdzie jest rodzina – przerwałem.
– Cała wioska schodzi się do tutejszej karczmy i wszyscy razem spędzają Wigilię, następnie po wspólnym jedzeniu wszyscy wracają do domów, gdzie tradycyjnie oglądają prezenty. Więc zerkając na zegar dowiedziałam się, że będą za jakieś piętnaście minut.
– Aha, dzięki – odwróciłem się od towarzyszki.
– Jesteś mało rozmowny – stwierdziła lalka.
– Po prostu denerwuję się przed pierwszym spotkaniem z rodziną.
– Ja też.
– Po tobie nie widać. Ty jesteś bardzo rozmowna – uśmiechnąłem się.
– Każda zabawka ma swój charakter, tego się nie wybiera.
– Nie mówię, że jeśli dużo mówisz to źle, po prostu…
Nagle usłyszałem skrzypiące drzwi.
– Idą – szepnęła lalka i wróciła na swoje miejsce. Oboje znieruchomieliśmy.

– Mamo, są prezenty! – krzyknął mały chłopiec.
– Jonasz, to chyba dla ciebie – podała mnie dziewczynka. Czyli to nie ja nazywałem się Jonasz, tylko mój chłopiec. Wyczekując na wyczytanie mojego prawdziwego imienia przyjrzałem się chłopcu. Był bardzo młody, niewysoki i nosił sprane ogrodniczki, ale wydawał się bardzo pogodny.
– Piękny! Nazywa się Albert – rozpromienił się Jonasz.
– A ja mam lalkę Gertrudę – podskoczyła dziewczynka.
– Piękne prezenty dzieci. Nacieszycie się rano, bo jest już bardzo późno – powiedział siwy mężczyzna – ale nie tak siwy jak Mikołaj. Dzieci wbiegły po schodach na wyższe piętro, położyły prezenty i wskoczyły do swoich łóżek. A mężczyzna zagrał ostatnią kolędę na fortepianie.

Rano Jonasz przyprowadził do mnie swoich przyjaciół ze szkoły. Wszyscy zachwycali się i kłócili, kto teraz na mnie usiądzie. Było wspaniale. Jonasz był w wniebowzięty, kolegom podobał się jego prezent – ja. Codziennie po szkole dzieciaki przychodziły do chłopca i wszyscy razem się bawiliśmy. Jonasz jednak urósł i coraz mniej zwracał na mnie uwagę. Nawet jego młodsza siostra już do mnie nie przychodziła. Mijały coroczne święta, aż w końcu rodzice Jonasza wynieśli mnie na strych, bo duży chłopak nie powinien trzymać w pokoju konika dla dzieci.

Minęło 109 Świąt Bożego Narodzenia, 109 lat patrzenia przez małe okienko, jak wesołe konie biegają po zielonej polanie, a ja przez 109 lat siedziałem na strychu. Jonasz i rodzina już dawno się wyprowadzili i dom został zapomniany. Nie czułem już zapachu pieczonych jabłek, nie widziałem pięknej choinki. Siedziałem sobie i przez 109 lat rozmawiałem z Gertrudą i muszę powiedzieć, że nawet ją polubiłem.

Gdy pewnego dnia usłyszałem skrzypiące drzwi wejściowe. Tydzień przed Wigilią przyjechali nowi właściciele domu Michalskich. Do salonu wpadła dwójka małych dzieci, chyba dziewczynka i chłopiec. W domu znów zapanował harmider, jak za starych, dobrych czasów. Rodzina zaczęła przygotowania do świąt. Czułem zapach pieczonych jabłek, pieczone pierniki i ciasta, a nawet pomarańcze i goździki. Pewnego dnia usłyszałem, jak tata nowej rodziny ciągnie do domu coś wielkiego. Choinka – pomyślałem. Taki sam dźwięk słyszałem, kiedy dwóch niespotykanie niskich mężczyzn wynosiło mnie z lasu. Szykowały się wspaniałe święta. Nie myślałem już nawet o tym, że wszyscy o mnie zapomnieli. Tylko nasłuchiwałem, co dzieje się w domu.

Nastała Wigilia, do lokatorów zjechała się cała rodzina, więc nawet na strychu słychać było wszystkie rozmowy. Gertruda jak za starych dobrych lat umilała mi czas pogawędkami. Miała w oku ten sam błysk, co 109 lat temu, tylko że oboje byliśmy brudni i zakurzeni. Rodzina, tak jak Michalscy, grała i śpiewała kolędy. A ja tak bardzo chciałem tam być, razem ze wszystkimi. Nagle usłyszałem kroki po schodach prowadzących na strych, skrzypiące drzwi otworzyły się i na poddasze wszedł wysoki mężczyzna. Razem z Gertrudą znieruchomieliśmy. Mężczyzna podszedł bliżej i uśmiechnięty zabrał nas ze sobą do rodziny. Mama dzieci wyczyściła nas z kurzu i postawiła pod choinką. Zauważyłem, że rodzina wcale nie śpiewa kolęd, a muzyka wciąż gra. Tata podszedł do czarnego pudełka i pokręcił guzikiem, kolędnicy zaczęli głośniej grać, niesamowite. Choinka nie miała na sobie świeczek, tylko kolorowe lampki i złote kulki powieszone na gałęziach. Dom pękał od miłych gości. Szczęśliwe maluchy zabrały swoje prezenty i od tego czasu nigdy ich nigdzie nie zostawiły. Razem z Gertrudą jesteśmy pamiątką rodzinną przekazywaną z pokolenia na pokolenie, w Święta Bożego Narodzenia…

Koniec

A ja do tego dołożę ulubiony tort makowy, prosty, bez ciasta, łatwy, a takie są ulubione przez wszystkie panie domu. 0, 5   lub 1 kg  maku może być już przygotowany w paczce lub puszce (niebieskiej) wtedy nie dodaję miodu i cukru.

12 jaj (żółtka oddzielam od białek, dwa żółtka zostawiam do polewy czekoladowej), 0,25 kg miodu, cukier puder 200 g, 125 g masła, bakalie wg uznania, a wiórki kokosowe do posypania tortu, po 100 g  rodzynek, skórki pomarańczowej, orzechów mielonych wg uznania, migdałów w płatkach, 4-5 jabłek szara reneta (lub boskop), 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 duża łyżka bułki tartej.

Mak zalewam gorącym mlekiem, moczę 2-3 godziny, odcedzam na sitku, mielę dwukrotnie przez sitko z drobnymi oczkami (pasztetowe), dodaję bakalie, miód, cukier, rozpuszczone masło,  żółtka, mieszam, dodaję utarte na tarce jarzynowej o grubych oczkach obrane jabłka,  proszek do pieczenia i na końcu pianę z białek. Mieszam, wylewam na tortownicę , piekę 45 – 50 min w piekarniku na 180 stopni z termoobiegiem. Gdy ciasto wystygnie, wykładam na płaski talerz, oblewam polewą czekoladową, którą wykonuję z 3 łyżek kakao, ½ kostki masła, 3 łyżek wody, 150 g cukru pudru i odrobiny esencji migdałowej (koniecznie), zagotowuję, po ostygnięciu, ale do jeszcze ciepłej polewy dodaję dwa żółtka, wszystko razem wymieszam i oblewam dokładnie cały tort. Na koniec posypuję wiórkami kokosowymi. Pycha! Moje dzieciaki uwielbiają. Wstawiam do lodówki na dwa dni aby dobrze „dojrzał”.

Smacznego!
Wasza Jadwiga

MIKOłaj 06.12.2009Dzisiaj otrzymałam specjalny prezent od mojej wnuczki Julii lat 14.W kopercie z napisem Babcia Jadzia. Otwieram i co widzę? Opowiadanie z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Wiem, że Julia pisze, czasami do szuflady, czasami wysyła opowiadania na konkurs. Dzisiaj napisała dla mnie, a ja postanowiłam umieścić je na swoim blogu. Niech jeszcze ktoś, oprócz mnie przeczyta to opowiadanie na stronie, może będzie zachwycony, zadumany, a także pomyśli, że te nasze dzieci nie są takie złe, jak wielokroć słyszymy, bądź czytamy. Może to my jesteśmy zbyt wymagający i zazdrościmy im młodości, urody i energii, której zaczyna nam brakować? Wtedy stajemy się zgorzkniali i mało sympatyczni. A gdyby tak, pomimo naszych lat, patrzeć na piękną młodzież z uśmiechem i sympatią, czy nie otrzymywalibyśmy tego samego? Życzę miłej lektury. Serdeczności

Wasza Jadwiga

Koń na biegunach

Gdybym miał się przedstawić, to zdecydowanie zacząłbym od tego, z czego jestem zrobiony.  Myślę, że ta historia będzie dla was trudna do zrozumienia, bo kto widział gadającego konia na biegunach? Zapewne nikt. Kiedy wam opowiem wszystko, zrozumiecie, a więc…

Ciemna, grudniowa noc. Wiatr owiewa potężne, ośnieżone drzewa. Wydeptaną leśną drogą idzie dwóch wręcz nienaturalnie niskich mężczyzn. Widać, że czegoś szukają, przyglądają się choinkom. Nagle docierają do celu. W głębi tajemniczego lasu widzą małą polanę. Na środku niczym nie porośniętej, ośnieżonej ziemi, stoi masywna sosna. Mężczyźni zbliżają się do drzewa, które oświetla niebiański księżyc. Drzewo lśni i mieni się w nocnym świetle. Mężczyźni na zmianę rąbią siekierami pień. Pamiętam tylko poszczególne momenty, jakbym oglądał zdjęcia. Wszystko tak szybko mija. Dwóch drobnych, lecz silnych mężczyzn ciągnie ogromną choinkę i w ogóle się nie męczą. Niesamowite. Mijamy spokojne kołyszące się choinki. Mężczyźni opuszczają ciemny las i idą w stronę małej, czerwonej chatki. Wygląda normalnie, jest taka jak wszystkie wiejskie chatki w Finlandii. Drzwi same się otwierają i światło w pomieszczeniu oświetla tajemniczych mężczyzn. Mają na sobie czerwone kubraczki i zielone puchate czapki, wyglądają jak książkowe skrzaty. Ostatnią osobą jaką zapamiętałem, jeszcze wtedy, kiedy byłem choinką, był potężny, siwy mężczyzna, nawet kiedy się nie uśmiechał w pomieszczeniu czuło się dobrą energię. Było wspaniale, małą chatkę ogrzewał wielki kamienny kominek stojący na środku pokoju.

Do tej pory nie wiem jak w sekundę przenieśliśmy się z malutkiej chatki do ogromnej Sali wypełnionej rozmaitymi maszynami. Jak na rok 1900 były to niesamowicie nowoczesne sprzęty. Dwóch mężczyzn przyniosło gotowe, wymodelowane części drewna i pośpiesznie wzięło się do składania zabawki. Po chwili stał już trwale złożony konik na biegunach. Właśnie ja! Niesamowicie mała, pulchna pracownica przybiegła do mnie z farbkami i miękkim ruchem pędzla wymalowała oczy, nos, świąteczne dzwoneczki i rozmaite wzory. Następnie jeden z mężczyzn przykleił mi bujną grzywę i pofalowany ogon. Został tylko jeden mały szczegół, potrzebowałem duszy. Każda zabawka ma duszę. Do pomieszczenia wszedł potężny, brodaty mężczyzna, znów poczułem ciepło i maszynownię wypełniła radość. Mikołaj podszedł bliżej i pogłaskał mnie po grzywie, zaczepił wstążkę z herbacianym papierkiem, na którym wypisane było moje nowe imię. Chciałem zerknąć jaką nazwę otrzymałem, ale papierek wisiał za daleko. Mikołaj zapakował mnie do worka, gdzie włożone były już inne prezenty i zaniósł do sań. Jakie szczęście, że worek był dziurawy, mogłem oglądać wszystko z góry. Sanie zakołysały się i pomknęły pośpiesznie w stronę okrągłego księżyca. Ach, żegnaj lesie, mam nadzieję, że nowi właściciele dobrze się mną zaopiekują. Przecież kochany Mikołaj nie oddałby mnie w złe ręce. – pomyślałem. – Ohohohoho – wykrzyknął mężczyzna i uśmiechnął się do siebie. Zbliżał się dzień, w którym mógł ponownie pomagać ludziom. Jak co roku.

Dolecieliśmy na miejsce. Cała Polska mieniła się kolorowymi światełkami. Ludzie przepychali się na ulicach, kupując ostatnie potrawy i drobne upominki. Właśnie lecieliśmy nad centrum miasta i po chwili skręciliśmy w stronę mostu, by przelecieć na drugą stronę Wisły.
– Już niedaleko koniku, twój nowy dom! – krzyknął Mikołaj.
Wylecieliśmy za Warszawę mijając wiele bogatych domów, ale nagle piękne wille zostały w tyle i dolecieliśmy do małej wioski za miastem. Mikołaj poprowadził sanie na dach skromnego domku. Wysiadł i zabrał worek z napisem Michalscy, następnie zarzucił linę i wszedł, powoli, przez komin do środka domu. Rodziny nie było w domu. Mikołaj bezpiecznie podreptał do salonu gdzie stała choinka. Bardzo różniła się od tych w lesie. Korzenie wrastały w jakieś inne drewno a nie w ziemię i do tego nie była oprószona śniegiem tylko przystrojona świeczkami. Była zupełnie inna, ale bardzo mi się podobała. Mężczyzna wyjął prezenty z worka i położył pod drzewkiem.

– No, trzymaj się mały – uśmiechnął się. Głodny poszedł do kuchni, gdzie rodzina zostawiła ciastko i mleko. Skosztował podarunku i po chwili zniknął  w kominie. Zostałem sam. Pokój oświetlało światło księżyca, które wpadało przez drewniane okno.

c.d.n.

Beata

Beata, Andrzej Szalewicz- Prezes PKOL,  Stan Mitchell Prezydent Europejskiej Unii BadmintonaW latach 1980-1989 Beata pracowała jako hostessa opiekująca się anglojęzycznymi gośćmi, (znajomość angielskiego w latach osiemdziesiątych była raczej limitowana i niewiele osób władało tym językiem), stąd konieczność współpracy przede wszystkim z osobami, które umiejętność tę posiadały. I tak Beata pracowała z nami przy organizacji Międzynarodowych Mistrzostw Polski w Badmintonie, które w owych latach były organizowane w Warszawie w Hali „Mery” przy ul. Bohaterów Września. Korzystaliśmy też z hotelu przy ul. Wery Kostrzewy (obecnie ul. Bitwy Warszawskiej).

Beata mająca organizację we krwi pomagała przy przyjazdach i odjazdach zawodników, spędzając długie godziny na lotnisku Okęcie w Warszawie.A samoloty, jak to samoloty, w listopadzie mgły nad Warszawą duże, więc przylatywały różnie. Polski Związek Badmintona nie dysponował wielkimi środkami na organizację, więc pomagali nam wszyscy nasi przyjaciele, a także nasze rodziny! I tak Beata zaangażowała swojego brata Grzegorza, ja moją matkę, ojca, brata Zbyszka, bratową Jolkę, przyjaciół, Krzyśka i jego żonę Hankę, Jurka z LOK-u (jego udział BYŁ bardzo ważny, gdyż LOK dysponował  wtedy samochodem marki „Nysa” z nagłośnieniem, a właśnie nagłośnienia na hali „ Mera” brakowało). Andrzej zatrudniał swoich kolegów alpinistów, gdyż trzeba było wymienić żarówki (zepsute na nowe LH 256, cokolwiek to znaczy), a sufit hali był jedenaście metrów nad podłogą , więc robotę tę mogli wykonać tylko ludzie z uprawnieniami do pracy na wysokości.

Janusz (zresztą dr Wydziału Wodno Kanalizacyjnego Politechniki Wrocławskiej)  był szefem (dziś byśmy powiedzieli Dyrektorem Technicznym zawodów) i do niego należało przygotowanie sali, jak również wyklejenie (!) boisk ( taśmę z 3 M zdobywał co roku Andrzej) oraz wymycie zaplecza hali, jak i siedzeń na trybunie – należy pamiętać, że w hali zaprojektowanej przez prof. Wojciecha Zabłockiego (wtedy jeszcze nie był profesorem) mieszkały również wróble, które nie wiedzieć jak się tam dostawały, ale za to brudziły. Za dowóz krzeseł na finały (rozgrywane były w niedzielę) odpowiadał Julian jako, że pracował  w firmie mającej swoje kontakty z Technikum Kolejowym, z którego krzesła były pożyczane.

Tak więc dzięki wielu ludziom dobrej woli, do których należał też Janusz – projektant i wykonawca wielu stempli na okoliczność zawodów, a także sponsorzy z Hortexu Góra Kalwaria (dziś już nie istnieje) – ale i Zbyszek, ówczesny Dyrektor, Halina, jego zastępca, dyrektorzy z FSO, Lotu, AWF-u, dyrektor Klubu Gwardia Warszawa, któremu też podlegała „Mera”, Ryszard Zieliński (niestety bardzo niedawno odszedł od nas na zawsze), zawody mogły się odbywać. Pamiętam doskonale Zdzisława Zakrzewskiego, który wspólnie z kolegami z TVP Redakcji Sportowej robił transmisje na żywo a że zużywali bardzo duże ilości energii elektrycznej, to czasami stacja trafo nie wytrzymywała tego poboru energii. Raz finał gry pojedynczej mężczyzn odbył się z tego powodu w duńskiej Kopenhadze, ponieważ obydwaj zawodnicy byli Duńczykami, a my nie mieliśmy szans na zreperowanie zepsutego trafo, a po ciemku raczej trudno grać, nie mówiąc o transmisji telewizyjnej.

I tak to trwało, a na swoim stanowisku była zawsze Beata, piękny rudzielec o zielonych oczach, z równie ujmującym uśmiechem i dołkiem w lewym policzku, wszyscy zawodnicy kochali ją za to, że przepięknie się rumieniła, gdy ktoś przychodził i prawił jej komplementy i dziękował za okazaną pomoc. Beata nosiła zawsze czerwony płaszcz, w którym wyglądała jak kolorowy ptak. Była widoczna, a to ważne dla zawodników i trenerów przy tak dużej imprezie. W owych latach przyjeżdżały do nas bowiem ekipy z ponad 20-30 państw, w tym azjaci reprezentujący Chiny, Koreę Południową, Indonezję, Malezję, o państwach europejskich nie wspomnę.

W tym miejscu muszę opowiedzieć historię pewnej imprezy, jaką organizowaliśmy w Płocku – pierwsze Międzynarodowe Mistrzostwa Polski Juniorów, rok chyba 1988. Jedną z ekip zagranicznych była reprezentacja Anglii, w składzie kilkunastu chłopców i dziewcząt w wieku do 19 lat. Przyjechali z opiekunem – trenerem o imieniu Jack. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy okazało się, że Jack zapomniał zabrać ręcznik. Przyszedł do Beaty i mówi na sali, przy wszystkich polskich VIP-ach, że muszą pójść na miasto, kupić ręcznik i to jak najszybciej, bo za godzinę ma trening z zawodnikami na hali głównej. Beata robi oczy jak spodki, przychodzi do mnie, relacjonuje sprawę i pyta: Jadwiga, co ja mam zrobić? Wszyscy Polacy, którzy usłyszeli prośbę Jacka, ryczą ze śmiechu! Łzy płyną po policzkach, on chce iść do sklepu. A niby do którego? Kupić ręcznik! Sami byśmy poszli i nabyli ten luksusowy towar, gdyby był dostępny. My ryczymy, a on stoi i nie rozumie co takiego ŚMIESZNEGO  powiedział. Jest rok 1988, wszyscy wiedzą, co jest w sklepach. O ręcznikach nikt nawet nie marzy, bo jak są, to kolejka po nie trzy razy większa od ilości ręczników w sprzedaży. W hotelu w Soczewce ręczników nie ma. Angielscy zawodnicy, wiedząc jak może być w państwie za żelazną kurtyną, na wszelki wypadek ręczniki zabrali z domów. Ja na to do Beaty: uśmiechnij się i powiedz, że po zakończonym treningu Jack dostanie ręcznik, niech się nie martwi, dla nas to pestka. Ha, ha, ha, ha…! Ale przecież Polak potrafi! Obok mnie stoi Ryszard i pyta o co chodzi? Referuję sprawę, a Rysiek spokojnie mówi: mam dwa ręczniki, to dam mu jeden, ten nowy! Niech wie, że u nas organizacja wszystkiego to pestka, a ponadto mamy gest i serce, pieniędzy oczywiście nie bierzemy.

Następnego dnia mówię do Ryśka: – Ale miałeś nosa, żeby wziąć dwa ręczniki.
On na to: – Nie, miałem tylko jeden.
To pytam: To czym się rano wytarłeś?
On: PRZEŚCIERADŁEM!!!!

Jakie było zdziwienie Jacka, gdy następnego dnia całą ekipą wybrali się na spacer po Płocku. W żadnym sklepie nie było niczego, oprócz musztardy i octu, nie mówiąc już o sklepach z napisem bielizna pościelowa, ręczniki. Jack do dzisiaj opowiada, jak to w mieście gdzie nic nie było w sklepach kupił – bez pieniędzy i przy pomocy Beaty – nowy, piękny ręcznik, którego używa do dziś.

Ot co! To była sprawność organizacyjna. Pochwały za nią zbierał ówczesny Prezes Związku – Andrzej Szalewicz. Dzisiaj Beata, od wielu lat mieszkająca na stałe w Anglii, jest wziętym fotografem, wydała kilka książek i albumów – jako jeden z pierwszych przepiękny album o Krakowie z jej komentarzem. Nasza Przyjaźń trwa do dziś, a od czasu do czasu, siedząc w pubie przy piwie, wspominamy czasy „wczesnego” badmintona w Polsce, zdarzenia, które miały miejsce, kłopoty i nerwy, jakie miałyśmy podczas rozwiązywania problemów, które dziś wyglądają jak małe orzeszki podane przez barmana w pubie do naszego ulubionego piwa.

Podaję link do strony Beaty: http://www.beatamoore.co.uk, a także link do jej galerii http://www.vb-gallery.co.uk.

Serdeczności,
Wasza Jadwiga

Wczoraj był szalony dzień, zawiozłam mamę do szpitala, została, nie wiem na jak długo.

Czy Święta, przygotowane przez nas w domu będą bez niej, seniorki rodziny? Na razie trudno coś powiedzieć, trwają badania. Jak zawsze jestem dobrej myśli.

Jadwiga

Dzisiaj ustalę menu, ale potrzebna mi jest konsultacja z moimi kobietami:IMG_1059 Agnieszką, Anią, Jolą i Ewą. Wspólnie uzgodnimy to, co chciałybyśmy znaleźć na stole podczas Wigilii oraz w czasie świąt i w Dniu Św. Szczepana przypadającym w drugi dzień świąt.

Drugi dzień świąt to tradycja wspólnego biesiadowanie całej Rodziny! Z okazji imienin mojego taty – dziadka – pradziadka Szczepana. Wspólnie spędzamy ten dzień – jaka radość, wszyscy, ponad dwadzieścia osób – Prababcia i Pradziadek Szczepan, ja i dziadek Andrzej oraz nasze dzieci Aga, Ania, Kaja, Ewa – solenizantka, dwa  Michały, Tomek…, dwie ciocie Jole i wnuki Tania, Maciek, Julia i Gabrysia. Zamieszanie, gwar i śmiech, opowieści rodzinne i wspomnienia gwarantowane. (Jak ja to kocham!)

Wigilia nieodmiennie organizowana jest u nas w domu, natomiast drugi dzień u Agi. Ustaliłyśmy, że w tym tygodniu wszystkie dziewczyny razem (Aga, Ania, Ewa, Tania i ja) będą lepiły pierogi z kapustą i grzybami oraz uszka do czerwonego barszczu. Dziewczyny w tygodniu są zajęte – pracują, uczą się – Tania jest studentką, a pozostali chodzą do szkół – stąd pomysł  na małe prace ręczne w weekend. Pójdzie szybko, a i ja nie będę skonana.

Wiem, że nadzionka do pierożków i uszek są znane i bardzo popularne wśród polskich pań domu, więc nie podaję przepisu. Podzielę się zatem przepisem na pyszną postną adwentową kapustę, której smak zachwycił mnie podczas ostatniego pobytu we wsi Siepietnica w Gminie Święcany – małej wiosce na Podkarpaciu.

Podaję przepis na 6-8 osób:
Główka  świeżej kapusty cukrowej
4-6 całych marchewek
4 całe cebule
Kostka masła (200 g)

Marchewki i cebule (po obraniu i umyciu) przepuszczam przez malakser (tarka gruboziarnista). Na rozpuszczone w garnku masło wykładam marchewkę z cebulą i duszę 5 min pod przykrywką, dodaję kapustę poszatkowaną w malakserze i obgotowaną przez 5 minut w oddzielnym garnku – odcedzoną na sitku. Do tego ziarenka smaku (szczyptę lub według uznania), sól i pieprz i duszę pod przykryciem przez 30 minut od czasu do czasu mieszając. Można podać jako jarzynkę, ale też wybornie smakuje z ziemniakami puree, które to danie uwielbiają moje dzieci i wnuki. Podaję w okresie Adwentu, a ulepszoną wersję z grzybkami, kilkoma suszonymi śliwkami oraz suszonymi jabłkami, jako jedno z dań wigilijnych.

Życzę smacznego i do miłego usłyszenia.

Wasza Jadwiga

Gabrysia

MIKOłaj 06.12.2009 006Dzisiaj w szkole zorganizowano wielką sprzedaż rzeczy wykonanych przez uczniów, w celu pozyskania dodatkowych funduszy dla Domu Pomocy dla Dzieci, a  na zakończenie odbędzie się aukcja obrazków i obrazów namalowanych przez młodzież. Sprawa jest poważna, ponieważ dotyczy zbiórki pieniędzy przez uczniów dla jednego z domów dziecka. Gabrysia namalowała obraz konia, a ja mam go wylicytować! Dziewczyny bardzo lubią konie i raz,  czasami dwa razy w tygodniu jeździmy do stadniny, aby mogły się nimi zajmować. Pani Agnieszka – instruktorka w stadninie – wymyśla różne sposoby, aby dzieciaki przykładały się do pracy. A to mamy konkurs pod tytułem „czyj koń będzie w tym miesiącu najbardziej zadbany”, czy też „kto najlepiej galopuje lub jeździ stępa”. Zwykle zajęcia odbywają się w piątki, stąd cały tydzień mobilizacji w szkole. Do jazdy uprawniają same czwórki i piątki (oceny szkolne), czasami jest wyjątek, ale wtedy najwyższy areopag, czyli mama, musi wyrazić zgodę (gdy trafi się nam trójka z niespodziewanej kartkówki lub klasówki). Ale zostawmy ten temat. Lepiej mówić o sukcesach, które są wejściówką do stajni.

Ciekawi mnie ten koń, którego namalowała: Frazesa chyba nie, bo przeszedł  na zasłużoną emeryturę (prawie jak ja) i wyjechał  na Mazury – choć był wspaniały, ale jak na konia wiekowy – chyba ze 30 lat – ze swoimi przeżyciami i trudnym doświadczeniem życiowym.

Może Fama albo Pogodna? A może Gerwazy? Zobaczymy. Wychodzę z domu z twardym postanowieniem licytacji, niech wie, że babcia docenia jej artystyczne starania.

Upiekłam dziś sernik, który od wielu lat jest bardzo lubiany w naszej rodzinie, i przez tych starszych, i tych młodszych. Podaję przepis:

1 kg sera mielonego w kubełku (dowolny – może być najtańszy)
14 jajek
200 g cukru pudru lub zwykłego cukru
Torebka cukru waniliowego
Paczka skórki pomarańczowej
Rodzynki
100 g masła
Budyń śmietankowy lub inny wg upodobań

Wykonanie:

Żółtka oddzielam od białek, ubijam z cukrem, dodaję cukier waniliowy, skórkę, ser, rodzynki obtaczam w budyniu i dodaję do masy, na końcu masło (wyjęte wcześniej z lodówki, aby było miękkie) i wszystko miksuję. Dodaję ubitą pianę z białek, wylewam na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Do piekarnika ciasto wędruje na 60 min w temperaturze 200 stopni (pierwsze 10 min), a następnie na 180 stopni. Wyrośnięte i ładnie wypieczone – kolor jasnobrązowy, pozostawiam do ostygnięcia. Każdy sernik musi opaść – i ten też. Wykładam na deskę i sernik wstawiam do lodówki.

Przygotowanie sernika trwa 10 min. Pieczenie 60-70 min. W zależności od piekarnika oraz od tego, czy ma funkcję termoobiegu. Sernik jest łatwy w przygotowaniu i udaje się wszystkim (nawet moim mężczyznom)!

Życzę smacznego!
Wasza J

Choinka 2008

Za dwa tygodnie Wigilia, magiczny czas Świąt najbardziej rodzinnych, wspominanych przez wszystkich, czy tych dobrych, czy tych trudnych w okresie wojennym, jednak zawsze innych, z sercem przepełnionym najbliższymi.

Rozpoczynam przygotowania – ustalam wigilijne i świąteczne menu oraz przygotowuję listę osób, dla których kupujemy prezenty. Mieszkając na obrzeżach miasta wymyślam ozdoby, które powiesimy na krzewach, drzewach oraz dodatkowo ustawionych choinkach. Magiczne święta muszą mieć magiczną dekorację. Wędruję po sklepach z choinkowymi strojami, bombkami, łańcuchami, różnościami tworzącymi kolorowy zawrót głowy! Ileż tego przygotowano, jakie kolory, niebieski, złoty, zielony, fioletowy, czerwony – najbardziej magiczny ze wszystkich, do dziś pamiętany i ulubiony.

Nasza powojenna choinka stała wystrojona w kolorowe bombki, a najwięcej było czerwonych, błyszczących, w których odbijały się zniekształcone obrazy: domu, sprzętów, no i oczywiście nasze radosne pyszczki. Na choince wisiały jabłka, cukierki, ciasteczka upieczone przez mamę, łańcuchy wykonane przez nas z kolorowego papieru, aniołki oraz piękna gwiazda z błyszczącego sreberka. Do dziś nie wiem skąd mama miała srebrny papier, pewnie to będzie jej tajemnica, jak wiele innych.

Co roku moje dzieci zadają mi pytanie – to jaka będzie tegoroczna choinka? Odpowiedź jest zawsze taka sama – PIĘKNA. Błyszcząca i kolorowa (choć kolory zmieniają się co roku) z kokardkami, bo przecież każda panna (a choinka jest piękną panną) lubi kokardki. Dzisiaj mam znacznie łatwiejsze zadanie, znajdując w sklepie niedaleko naszego domu wszystko to, czego dusza zapragnie – piękne anioły, bombki, nie tylko te ulubione z cienkiego szkła dmuchane, lśniące, ale też ażurowe, ozdabiane wielkie i całkiem maleńkie. Dzwoneczki,  pantofelki Kopciuszka, gałązki błyszczące, ptaszki, piórka, cudeńka i cuda. Chodząc między półkami zastanawiam się nad tonacją i kolorytem tegorocznej choinki. Niebieska? Nie, już była. Czerwona? Nie, już była. Zielona? Nie, zdecydowanie nie, bo nie będzie kontrastu z choinką. Samo złoto? Nie, za dużo szczęścia naraz. Srebro? Nie, chyba nie, choć pięknie wygląda to chyba niezbyt przytulnie, a może miód- miodowy, brązowy, złoty obsypany złotą lametą? Lub beżowy – takie piękne te bombki, a może wszystkiego po trochu? Dla mnie pięknie ubrana choinka, błyszcząca i świecąca oraz wpatrzone w nią oczy moich wnuków to największy prezent na te bajkowe święta. Nie zapominam też o aniołach i aniołkach pilnujących nas we dnie i w nocy.

Choinka jest moim prezentem dla najbliższych – wymyślam ją sama, sama ubieram korzystając z różnych pomysłów własnych i nie tylko. Jestem w sklepie, gdzie dokupuję trochę nowych ozdób, wybieram wieniec adwentowy, nowe świeczniki i świeczki w wymyślonym przeze mnie kolorze i zadowolona wracam do domu.

Wasza Jadwiga

Londyn 2005Dziewczyny namówiły mnie do pisania. Wielokrotnie stwierdzały, że rozmowy ze mną na różne tematy zawsze kończyły się jakąś dygresją, która płynnie przeistaczała się w małe opowiadanie – wspomnienie.
– Czemu o tym nie napiszesz? spytała Agusia 8 lat temu, popijając wino u nas na tarasie.
– Nie wiem czy ktoś będzie chciał o tym czytać – odpowiedziałam.

Kilka dni temu dziewczyny zaprosiły mnie na Saską Kępę. Rozmowa dotyczyła spraw zawodowych, kilku nowych projektów, dyskusja i w końcu, tak jakoś samo z siebie, jak zwykle zaczęłam: „ Bo wiecie, to właśnie przypomina mi  podobną sytuację w jakiej znaleźliśmy się…”. Po godzinie Monia zapytała: „A tak w ogóle, to o której odbierasz wnuczkę ze szkoły?”.
– Jak zwykle w środę o 14.45 – odpowiedziałam.
– Tak? To chyba musisz już wyjść
– Nie.., chyba jeszcze nie.
– Nie chcę cię martwić ale jest godzina 14.30!
– Czy nie lepiej o tym pisać, skoro tak lubisz opowiadać ? –  stwierdziła Monia.
Stąd ten pomysł, aby pisać. Wybrałam blog i w ten sposób będę mogła z wami rozmawiać.

Od czterech lat jestem prawdziwą emerytką. Przepracowałam 43 lata, zanim na dobre pożegnałam się z moją ukochaną pracą. To prawda. Jestem szczęśliwą żoną, mamą, teściową i babcią czwórki wnucząt: Tanii, Maćka, Julii i Gabrysi. Mieszkamy w wielopokoleniowym domu na obrzeżach miasta razem z moimi rodzicami, Prababcią Kazią i Pradziadkiem Szczepanem. Jestem osobą aktywną, zajmuję się wieloma sprawami a ponadto mam hobby: mój ogród, gotowanie, organizowanie spotkań rodzinnych zwanych popularnie w żargonie rodzinnym „spontanami”, czytanie książek – szczególnie biografii, no i, a może przede wszystkim, sport z wyjątkiem boksu i piłki nożnej, która dla mnie jest pewnego rodzaju show-businessem.

Rodzina mojego męża pochodzi z obecnych terenów Litwy, natomiast moja rodzina jest mieszaniną warszawsko-kielecką, stąd nasze święta, szczególnie Bożego Narodzenia, mają bardzo urozmaicone menu. Postaram się również pisać o teraźniejszych i przeszłych zwyczajach, jakie panują u nas w domu, w domach naszych dzieci, a także przy naszym stole podczas świąt i spotkań rodzinnych.

Serdeczności
Jadwiga Ślawska-Szalewicz

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.