Subskrybuj kanał RSS bloga Okiem Jadwigi Subskrybuj kanał RSS z komentarzami do wszystkich wpisów bloga Okiem Jadwigi

Archiwum miesiąca Grudzień 2009

We wszystkich mediach trwają analizy mijającego roku 2009. Skoro tak, to nadszedł czas na krótkie spojrzenie na rok 2009 z mojego punktu widzenia. A nie był on łatwy, choć w moich wpisach zupełnie tego nie widać. Jednak każdy z nas ma swoje własne dobre i trudne przeżycia, i ja też. 31.12.2009  Noworoczne ŻyczeniaW marcu obchodziliśmy uroczyście siedemdziesiąte urodziny mojego ukochanego męża Andrzeja. Było przyjęcie w restauracji naszej ulubionej na pl. Grzybowskim, był piękny prezent od całej rodziny i wszyscy obecni. Wspomnienia, gratulacje, sto lat, szampan i tort.

Ja od wielu miesięcy walczę dzielnie z kolanem, a wynikiem tej walki są cztery operacje w ciągu ostatnich trzech lat. Ostatnia w lipcu tego roku. W przeszłości uprawiałam judo i być może kolana były zbyt słabe lub trening za mocny lub jedno i drugie, ponadto drobne kontuzje i urazy doprowadziły do aktualnego stanu. Tak więc mimo ogromnego wysiłku i rehabilitacji – pracy z Krzysztofem, nie uniknęłam tego, czego bałam się najbardziej, kolejnej operacji. Decyzja podjęta została w czerwcu i w tym samym momencie ja podjęłam kolejną: jedziemy z Jolą do Częstochowy na Jasną Górę. Każda z nas ma swoje intencje związane z wizytą u Matki Boskiej Częstochowskiej.

Od wielu lat marzyłam też aby odwiedzić górę Grabarkę, miejsce dla prawosławia święte, tak samo jak dla nas Jasna Góra. Andrzej zdecydował: skoro marzyłaś to pojedziemy. Później nie będziesz mogła bo walka z bólem, uczenie się chodzenia od początku, no i rehabilitacja. Każdy z nas ma wewnętrzną potrzebę rozmowy i modlitwy. W tych trudnych momentach tylko w ten sposób mogłam wyrazić swoją konieczną potrzebę serca.

9.07.2009. Właśnie zaczęła się piękna pogoda. Wychodzę ze szpitala. Uff! To, co wydawało się nie do przebycia kilka dni temu, przeleciało, jakbym to nie ja uczestniczyła odgrywając rolę pierwszoplanową, tylko oglądała spektakl na bis.

2.07. – Dzień operacji – stres pogłębiony tym, co znane, a znane było wszystko, ból, i jego trwanie, i to, co po kolei nastąpi. Proszek, wózek, sala operacyjna. Pamiętam. Oczy skupione, twarze w maskach, mój obłędny strach i śmiech. Takie ufoludki wokół mnie. Później powiedzą, że sama weszłam na stół i byłam tylko lekko stremowana. Lekko?! Obudziłam się na łóżku, nic nie boli, tylko ściany lekko falują i trochę sucho w buzi i ciągłe kołatanie w głowie: już po wszystkim! I znowu sen, i znowu myśli skłębione, nie, zaraz na operację, zaraz zawołają – oczy otwierają się same – pokój, cisza, tylko kroplówka wisząca jak duża łza mrugająca do mnie kropelką sączy jakiś płyn… Udaje mi się zapanować nad niewielką ilością emocji przygłuszonych chemią. Operacja za mną. Nic nie pamiętam, tylko głos lekarza, który poprosił o piłę. Później dowiem się, że w czasie trwania zabiegu wygłosiłam zdanie, które rozbawiło cały obecny personel „Ludzie ja wszystko słyszę!”. Wiem, że ze strachu bardzo prosiłam anestezjologa o wyłączenie mi świadomości na ten trudny czas.

Znowu się obudziłam, jest Andrzej i Jola. Mój kochany Andrzej! Przestraszony, oczy ciemne? Nie mogę dostrzec koloru, bo obydwoje falują razem z salą, jakbyśmy płynęli z Hoek van Holland do Londynu w roku 1981 na Mistrzostwa Europy Juniorów w badmintonie, które odbywały się w Edynburgu. Boże, ile to lat minęło? Otwieram oczy, morza nie ma tylko Jola siedzi przy łóżku i ściska mnie za rękę. Coś się stało. Jej ładna buzia teraz jest bardzo napięta. Dopiero następnego dnia powiedziała mi, ze tak mocno trzymałam jej rękę prosząc, żeby mnie nie zostawiła, że w tej niewygodnej pozycji siedziała ponad dwie godziny! Bojąc się poruszyć. Kochana dziewczyna. Ciekawe skąd w niej tyle czułości i tkliwości, niewysoka, szczupła szatynka z uśmiechem na ustach, po prostu Puchatek, nazywany tak przez wszystkich domowników. Jola – Puchatek, fajnie, jak miło, że jest. Andrzej, mój mąż ukochany ponad wszystko ma w niej teraz oparcie, choć przecież powinno się napisać inaczej, ale nie w sprawach lekarskich, medycznych, szpitalnych – tu jest kruchy jak moje porcelanowe filiżanki. Jola, drobna opoka, wiele lat przepracowała w szpitalu dziecinnym przy ul. Litewskiej w Warszawie. W laboratorium rozpoznawała wszystkie groźne bakterie oraz analizowała dostarczony materiał: krew, posiewy, krzyżówki. Pracowała wiele lat z dziećmi, brała udział w niektórych trudnych operacjach wtedy, gdy trzeba było dokonać pobrania krwi śródoperacyjnie. Powiedziała mi, że największe wrażenie zrobił na niej widok pracującego serca w małym ciałku dziecka podczas operacji. Kochana, ciepła istota.

Gdzie jestem? To wieczór czy rano? Leżę, nie mogąc ustalić co się stało? A niech tam. Dlaczego tak bardzo swędzi mnie nos? Co ja mam na twarzy? Nie mogę się podrapać! Pielęgniarka zabiera mi kolejną pustą butelkę, a skąd tu Agnieszka? Już przyszła, jest i Michał, dlaczego oni tak bardzo się chwieją? Chyba siedzą, a moje łóżko takie rozhasane jak Gabryśka na łące w ogrodzie. Słyszę Agnieszkę: Mamo, dać ci wody? O tak, wody, dużo wody, chłodna, przyjemnie wlewa się do rozchwianego ciała. Coś mówię, ja coś ważnego im mówię, sen… Nie, nie śpię, wjeżdża łóżko z pacjentem, a nad nim głos, pani jest po operacji kręgosłupa, proszę pozwolić przejechać. Cisza, tylko lampka daje nikłe światło, czy to noc? Dzieci, idźcie już, tak bardzo jestem zmęczona, ale ich już nie ma od kilku godzin, tylko moja głowa skołatana. Sąsiadka szepcze cichutko, a może to ja po cichu się modlę?

Lipiec jest dla mnie trudnym miesiącem. Wiele lat temu 21 lipca, w piękny słoneczny dzień, braliśmy ślub z Andrzejem, następnego dnia w południe zadzwoniła Jola, że zmarł Zbyszek – mój brat. Pękł mu tętniak, a mnie serce i wszystko przestało mieć znaczenie, lato, słońce, życie i tylko smutek brzemienny w skutkach. Karolina właśnie skończyła siedem lat i szykowała się do szkoły, Ania dziewiętnaście lat, a Jola – żona Zbyszka, piękna, czterdziestoletnia została sama… Dlaczego, tylko to jedno pytanie ciśnie się na usta po wielekroć. Tyle łez, tyle bólu, tyle strachu, ile żalu? Babcia Kazia – nasza mama, tę śmierć przeżyła najbardziej. Ukrzyżowała siebie i ojca i tak trwa to do dziś!

W maju w Magdalence odbył się ślub Karolinki. Piękna Panna Młoda i poważny Pan Młody. Mój brat byłby dumny, tak jak dumna była Jola, która sama ponosiła trudy dbania o dziewczynki. Cała rodzina zjechała na ślub. Było miło i rodzinnie. Niestety dziadki: Szczepan i Kazia rozchorowali się i nie wzięli udziału w tej uroczystości. Było mi bardzo smutno, przecież to córcia Zbysia wychodziła za mąż, ich ukochana wnuczka. Życie jest strasznie pogmatwane.

Tania w maju zdała maturę, a od września jest studentką i uczy się japońskiego. Ma talent dziewczyna do języków, angielski i francuski, a teraz japoński.

We wrześniu odebrałam telefon z Saskiej Kępy. A może byś wpadła na kawę? Prowadzimy taki fajny projekt, może mogłabyś pomóc? Wpadam. Przegadałyśmy z Moniką i Agnieszką ze cztery godziny – nawet nie wiem, kiedy minął czas. Wspominałyśmy wspólną pracę, ale też omawiałyśmy plany na przyszłość, i tak niespodziewanie dla mnie znów wpadłam w wir zajęć i obowiązków, kołowrót dnia codziennego, pracy, pisania, prowadzenia domu, opieki nad rodzicami, pomocy przy wnukach. Znów potrzebna, znów radośnie uśmiechnięta, a co mi tam kłopoty, a co mi tam stres, dam radę, mama musi wyzdrowieć, a my musimy trwać. Życie po prostu toczy się dalej, nie zawsze łatwo, nie zawsze bezboleśnie, ale zawsze warto dla kogoś żyć.

Wam Wszystkim Najlepszego, Najpiękniejszego, Najzdrowszego, Najszczęśliwszego Nowego Roku 2010 życzy

Wasza Jadwiga

Rudzielec

Taki przepis właśnie otrzymałam od Ewuni, która robi znakomite ciasta i nie tylko.

Mam nadzieję, że panie będą mogły przygotować takie właśnie pyszne ciasto na Nowy Rok. Serdecznie polecam, bo jest i pyszne i łatwe w przygotowaniu.

Witam Pani Jadwigo,

Właśnie moja dzidzia zasnęła snem sprawiedliwego więc mogę podrzucić jakiś dobry sprawdzony przepis. Ostatnio zajadaliśmy się ciastem pod niewdzięczną nazwa rudzielec (podobno co rude to wredne), ale w tym przypadku palce lizać.  Życzę smacznego najlepiej smakuje po 3-4 dniach, wcześniej nie za bardzo się kroi więc lepiej poczekać, warto!

Serdecznie pozdrawiam Ewa C

Rudzielec z kaszą manną

Ciasto:
1/2 kg mąki
1 szklanka cukru pudru
2 jajka
2 łyżki miodu
1/2 paczki margaryny
cukier waniliowy
1 łyżeczka sodki (rozpuszczamy w 2 łyżkach wody)

Z podanych składników zagniatamy ciasto, dzielimy na 3 części.
Rozprowadzamy (każdy oddzielnie) na blachę i pieczemy 3 cienkie placki.

Krem:
3/4 l mleka
4 łyżki kaszy manny
1 szklanka cukru pudru
30 dag masła
zapach

Mannę gotujemy na mleku. Masło ucieramy z cukrem pudrem na puszystą masę, dodajemy stopniowo wystudzoną mannę. Można dodać kieliszek wódki.

Polewa:
10 dag masła
4 łyżki wody
4 łyżki cukru
3 łyżki kakao
Rozpuszczamy wszystkie składniki (podgrzewamy).

Pierwszy placek smarujemy dżemem i 1/2 kremu. Drugi tylko kremem. Trzeci placek polewą. Odstawiamy do lodówki. Najlepiej smakuje na 3 dzień.
POLECAM! SMACZNEGO!!!

Oto wiersz jaki otrzymałam od mojej przyjaciółki poetki Aldony Kraus:

Przez pamięć Wawra

W Noc Narodzenia na Wawer spadła
pięść kainowa, Gwiazda pobladła.
Niegdyś w Betlejem rzezi początek.
Kiedy się skończy śmierć niewiniątek?

Zabito tylu w nocy, w Betlejem,
w Wawrze i Gruzji  siepacz szaleje,
w Ruandzie, Iraku, Afganistanie
ramię Kaina odejmiesz  Panie!

Ty, Któryś za nas w męce się oddał,
trzeba, by świat nasz odbił się od dna.
Obudź w człowieku serce dla brata.
Przez Pamięć Wawra , pokój dla świata!

Anin 10 listopada 2008 roku.

Na podstawie książki Melchiora Wańkowicza „Od Stołpców po Kair” (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971 r., wydanie drugie, strony 277 – 284) oraz książki tego samego autora „Droga do Urzędowa” (Wydawnictwo Polonia , Warszawa 1989 r., Rozdział V, strony 93- 97),  a także  opowiadania uczestnika, sąsiada Szalewiczów, który znalazł się wśród skazanych na śmierć:

Był drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Godzina policyjna obowiązywała o dwudziestej. Nagle w oddali padły trzy strzały rewolwerowe. Noc mroźna, około trzydziestu stopni mrozu. W Aninie trwa obława. Ludzi z ulicy patrole zabierają na wartownie, uprzednio ich obszukawszy. W małej wartowni jest coraz ciaśniej, gdyż ciągle przybywa mężczyzn. Żołnierze wyprowadzają wszystkich na podwórze  i każą stać z podniesionymi rękami. Męka – te ręce w górze. W końcu mogą je trzymać założone na karku.Po dwóch godzinach, wzywają po kilka osób, spisują personalia i puszczają do domu! Matka i żona informują o obławie w Aninie, gdyż w kawiarni zastrzelono dwóch żołnierzy niemieckich. Idą spać. Po godzinie słychać tupot ciężkich buciorów na ganku. Stuk kolby do drzwi, wchodzi czterech żołnierzy z rewolwerami w rękach. – Czy pan jest Polakiem? Tak.– W wojnie udział brał? – Tak w 1920, w polsko-bolszewickiej.Dowódca patrolu wyprowadza z drugiej połowy willi Szalewicza. Wypchnięci z domu brną obaj w śniegu. Przed budynkiem komendy młodziutki chłopak o dziewczęcej twarzy pyta głosem cieniutkim, chyba jeszcze przed mutacją: – Haben sie einen Rjevolvjer? Na placu stoi już kilka osób, po prawej stronie Szalewicz, po lewej urzędnik starostwa. Znają się, ale nie dają tego po sobie poznać. Stoją na mrozie i tupią, Niemcy kopią tupiących. Głowa starego Szalewicza trzęsie się. Przez siatkę widać jak prowadzą coraz to nowych wyłapanych. Wśród mężczyzn jest woźny województwa oraz lekarz weterynarii, za którym przybiegł jego pies. Nie dawał się odpędzić. Znowu sięgnięto do trzęsącej się głowy Szalewicza. Skowyt kopanego psa, razy rozdawane przez Niemców, śnieg, mróz, noc i otępienie bitych ludzi.

O trzeciej nad ranem z gmachu komendy wyszli trzej oficerowie gestapo. Wyczytali z listy urzędnika starostwa, dyrektora fabryki, właściciela willi, Szalewicza i jego sąsiada (jeden tylko Szalewicz stojący wśród nich był w starej zniszczonej jesionce, pozostali mieli dostatnie futra). Po kolei wzywano ich na komendę. Wracali natychmiast, notowano ich nazwiska, rok, miejsce urodzenia i kazano wyjść. Cztery tradycyjne pytania przed egzekucją. Czterech kazano odprowadzić do domu. Myślą, że to egzekucja, odchodzą do domów, żołnierze każą iść, szybko – pewnie teraz będą strzelali, myśli każdy z nich. Koło jednego domu stoi wartownik, hanowerczyk, starszego rocznika. – Puścili pana? Prędko, prędko do domu. – powiedział z ulgą w głosie. Niektórzy mieszkańcy wiedząc co się dzieje i przeczuwając nieszczęście, biegli od domu do domu uprzedzając, aby mężczyźni uciekali w las. Jedna kobieta ze strachu nie chciała otworzyć stukającemu i właśnie jej później zabrano syna. Usłyszawszy ruch na werandzie, przybiegła pani Szalewiczowa. – Gdzie Stasio?  Powinien za chwilę tu być. Jednak Szalewicz nie wracał. Około piątej nad ranem usłyszano silną salwę kilku karabinów maszynowych. Po salwie krótkie strzały pojedyncze. – Zabijają! Krzyczała spazmatycznie Szalewiczowa. Salwy powtarzały się co pewien odstęp czasu. O szóstej koniec godziny policyjnej. Pani Szalewiczowa biegnie w stronę, gdzie strzelano. Szarzeje. Na drodze ukazuje się biegnący cień. To Szalewiczowa: – Zamordowali Stasia! Znalazła jego trupa z wywalonym okiem i częścią mózgu. Przybiegła córka Szalewiczów, nauczycielka gimnazjum Władysławy Lange przy ul. Senatorskiej 6, prywatnej szkoły żeńskiej. Wykładała historię, przedmiot zakazany przez hitlerowskie władze okupacyjne. Niemcy zgromadzili na placu dwustu mężczyzn, po 100 za jednego zabitego żołnierza. Kobiety biorą sanki dziecinne i idą po ciało Szalewicza. Z okien domów widać jak wiele kobiet idzie z sankami w tamtą stronę. Wkrótce potem dwie kobiety, Szalewiczowa wraz córką wloką ciało męża na śmiesznie małych sankach. Ciało nie może się zmieścić , więc Salewiczowa trzyma nogi uniesione wysoko, a córka ciągnie. Ludzie biegają i wołają, aby uciekać, podczas gdy kobiety krzątają się przy zabitych. Męska ludność ucieka.

Wypuszczony przez Niemców sąsiad Szalewiczów postanawia wyjechać do Warszawy. Na dworcu pokazują mu kobietę, której zabito męża i syna, studenta politechniki. Innej matce zabito czterech synów. Nad jedną się „zlitowali” – spytali, którego z dwóch mają wziąć. Wybrali sami. Sąsiad w drodze spotkał dwóch braci z ostatnich dziesiątek już nierozstrzelanych. Opowiedzieli mu przebieg egzekucji. Skazańcom kazano iść w stronę plantu, przeszli tunelem aż na pole, gdzie stały karabiny maszynowe. Wydzielono dwudziestkę, kazano klęknąć i modlić się. Z dwu stron błysnęły reflektory ciężarówek i padła salwa. Potem dobijano. Przy ostatnich oszczędzonych ktoś powiedział: – Pan pułkownik daruje wam życie pod warunkiem pogrzebania zabitych. Niemcy odjechali. Z gromady trupów poderwał się nagle jakiś chłopak i jak oszalały pomknął w las. Potem wstał, chwiejąc się na nogach fryzjer i obłędnie pytał: – Proszę państwa, co ja mam robić, co ja mam robić? Miał w dwu miejscach przestrzelone plecy. Przy ciele weterynarza leżał zabity pies.

Pogrzebano zabitych równymi rzędami i postawiono na nich krzyże. Jest krzyży sto siedem, a na nich nazwiska i daty urodzenia – od czternastu do siedemdziesięciu sześciu lat.

Ci, których kochamy nigdy nas nie opuszczają.

Opracowanie
Jadwiga

Stanisław syn Adolfa z żoną Marią z domu Dejczman, Sankt Petersburg, 1906 rokJest 23 grudnia, 8.15 rano, jak zwykle dzwoni moja komórka – fragment muzyki z Wilhelma Tella rozbrzmiewa w całym domu. Sygnał dźwięku ustawiony na 5, jest głośny, a nawet bardzo głośny, ale często jestem dalej od komórki i mogę nie słyszeć, że dzwoni telefon. Jestem cały czas w pogotowiu, ponieważ moi rodzice to wiekowi ludzie i muszą mieć komfort, że na każde ich wezwanie ktoś odbierze telefon – tym ktosiem jestem oczywiście ja, ale oni zawsze pytają z uporem: Jadzia? (no a kto?, pytam się grzecznie, skoro dzwonicie do mnie!).

Dzisiaj rano zadzwoniła do mnie Ania. Nie było mnie w domu, więc dzwoniła na komórkę, z pytaniem czy może porozmawiać. Oczywiście, poczekaj chwilę, to stanę w jakimś spokojnym miejscu (chyba koło albumów) w supermarkecie. Właśnie robię ostatnie zakupy przed powrotem do domu. Ania wie, że wychodząc z domu mam zawsze ze sobą moje komórki. Słuchaj, czy nie mogłabyś napisać coś o 27 grudnia 1939 roku? Przecież to rocznica śmierci prapradziadka Stanisława. Tak kochanie, dziękuję za podpowiedź, napiszę.

Prapradziadek Stanisław

Część pierwsza

Stanisław Szalewicz urodził się w Hołodziszkach, był synem Adolfa i Tekli z Jodków. W Archiwum Historycznym w Petersburgu pod numerem 951 z dnia 20 XI 1887 r. jest przechowywane świadectwo szlachectwa braci bliźniaków (brat Bronisław), a także wpis do księgi szlacheckiej z dnia 21 I 1888 r. pod numerem 431. Stanisław za ukończenie Konstantynowskiego Instytutu Mierniczego w Moskwie z tytułem „inżyniera mierniczego”. W roku 1900 otrzymał srebrny medal ufundowany z okazji koronacji Mikołaja II Romanowa z prawem do noszenia na wstędze orderu św. Andrzeja (order do dziś znajduje się w rodzinnych archiwaliach). Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ tylko dlatego mógł być zatrudniony jako starszy pomocnik pomiarowy z prawem do rangi urzędnika X klasy. Następnie pracował jako pomocnik geodety powiatowego guberni petersburskiej, później został geodetą powiatowym, czyli mierniczym w guberni petersburskiej. Jako wysokiej klasy fachowiec piął się po szczeblach kariery pracując również w Głównym Zarządzie Uwłaszczenia i Rolnictwa, kolejno w Ministerstwie Sprawiedliwości, a w roku 1919 występował jako starszy geodeta guberni wiackiej do spraw uwłaszczenia. Był lubiany przez współpracowników, a w ramach działalności społecznej prowadził chór w Wiatce.

Koniec pierwszej wojny światowej przyniósł możliwość powrotu do kraju, repatriacji polskich inżynierów oraz techników rozsianych w okresie zaborów po całym świecie. Powracający z emigracji inżynierowie założyli Koło Inżynierów Mierniczych przy Stowarzyszeniu Techników, w ramach którego organizowano trzyletnie kursy dla pomocników mierniczych. Jednym z wykładowców był prapradziadek Stanisław. Początkowo pracował jako mierniczy przysięgły w Białymstoku, a od 1934 roku był mianowanym radcą w Wydziale Rolnictwa i Reform Rolnych Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie. Jego żona Maria (o której napiszę osobny wpis) wraz z dziećmi (Bronisławem i Heleną) oraz swoim ojcem wróciła do Warszawy w 1921 roku. Stanisław zajmował się do ostatniej chwili organizacją pociągów ewakuacyjnych z Rosji. Wrócił do niepodległej Polski dopiero w 1923 r. Stanisław i Maria nie zdecydowali się niestety na natychmiastową realizację czeku wszytego w palto swojego syna, sześcioletniego Bronisława i hiperinflacja polskiej waluty spowodowała, że cała „fortuna” przywieziona z Rosji w krótkim czasie była warta tyle, co paczka zapałek… Żona Maria pracowała jako dentystka, najpierw w męskim Gimnazjum Kazimierza Jakuba Kulwiecia założonym w 1918 r. w Warszawie przy Placu Trzech Krzyży 8 w kamienicy Naimskich i Jungów. Później prowadziła prywatną praktykę w Aninie. We wspomnieniach Zofii Górzyńskiej z domu Wojciechowskiej (stryjecznej wnuczki prezydenta Rzeczpospolitej Polski Stanisława Wojciechowskiego czytam: „Cała rodzina składała się z pięciu osób, bo oprócz pani Marii, pana Stanisława i ich dwojga dzieci była jeszcze pani Nisia – rezydentka, którą przywieźli ze sobą z Rosji. Obie panie jakby nie przystawały wyglądem do okresu lat trzydziestych. Ich ubiór, sposób uczesania i sposób bycia bardziej pasował do dziewiętnastowiecznego niż do dwudziestego wieku. Suknie długie, ciemne, bardzo skromne, uczesanie gładkie. Całość rodziny uzupełniały dwa psy – gryfon Buma i brązowy jamnik Żaba. Obydwa psy myśliwskie, bo pan Stanisław był zapalonym myśliwym. W mieszkaniu było sporo elementów mówiących o sukcesach myśliwskich pana Stanisława. W roku poprzedzającym wybuch wojny światowej cała rodzina przeprowadziła się do nowoczesnej willi w Nowym Aninie. Niestety nie wiedzieć, dlaczego (może nie za dobrze się czuli w tym domu) wrócili na stare pielesze. Niestety, po dwakroć niestety! Gdyby nie podjęli tej decyzji powrotu, pan Stanisław nie byłby zginął w wawerskiej egzekucji. Niemcy, bowiem tej pamiętnej nocy grudniowej – 26 XII 1939 roku nie doszli ( z łapanką i wyciąganiem mężczyzn w wieku od czternastu do siedemdziesięciu sześciu lat, z ich domów w odwecie za zabicie dwóch żołnierzy, którzy chcieli aresztować w wawerskiej kawiarni jakiegoś człowieka a ten ich zabił trzema strzałami z rewolweru) do Nowego Anina”.

Prapradziadek został zamordowany w masowej egzekucji w Wawrze koło Warszawy w dniu 27 XII 1939 r. Na placu między ulicami Błękitną i Spiżową rozstrzelano stu siedmiu mężczyzn. Egzekucję w Wawrze, jako pierwszy na zachodzie, opisał Melchior Wańkowicz. Nie widząc możliwości wydania swoich książek emigracyjnych w kraju, Melchior Wańkowicz włączał fragmenty poprzednio opublikowanych tekstów do nowych książek. I tak w wyborze reportaży zatytułowanym  „Od Stołpców po Kair” ów wybitny pisarz umieścił fragmenty „Drogi do Urzędowa”. W tych fragmentach, mimo zaznaczenia, iż wszystkie nazwiska użyte w książce są fikcyjne, w rozdziale V pod tytułem „Anin” przy opisie aresztowania, Melchior Wańkowicz używa autentycznego nazwiska – Szalewicz. Relację o tragedii w Wawrze przekazał autorowi jeden z przedzierających się do Anglii pilotów, a przed wojną mieszkaniec Anina, Jan Barankiewicz.

Prapradziadek Stanisław został pochowany w Warszawie, na Cmentarzu Ofiar Wojny, przy ulicy Dębowej (później Śnieżki, a obecnie Kościuszkowców). Żona Maria zmarła w roku 1978.

Wnukom ku pamięci, a dorosłym ku przestrodze.

Wasza Jadwiga

Opowiadanie wg książki  M.Wańkowicza „Od Stołpców do Kairu” opublikuję 27.12.2009 r.

Wigilia

Wigilia 24.12.2009Jak zwykle przed świętami wszyscy zamawiają u Mikołaja PREZENTY. Na pytanie Julii, co chciałabym dostać w tym roku odpowiedziałam: Wiesz kochanie, tak bardzo lubię twoje opowiadania. Za chwilę Julia przyniosła mi kopertę: Wiem, że nie będziesz miała czasu na pisanie podczas świąt, więc twój prezent babciu dostaniesz wcześniej. Oto, co otrzymałam od Julii:

Na imię mi Milo, jestem piernikiem.

Może się to wydać śmieszne, ale żyję, i odkąd ulepiła mnie Marysia widziałem wszystkie święta rodziny Walewskich. I dlatego chciałbym opowiedzieć wam całą moją historię…

Był to dwudziesty czwarty grudnia 1860 roku, choinka była przepięknie ubrana, a zapach goździków i pomarańczy snuł się już po domu. Pani Krystyna właśnie przyrządziła wspaniałe potrawy i zaczęła brać się za wypieki, gdy nagle do kuchni wpadły dzieciaki: Marysia i Karol. – Mamo możemy ci pomóc? – spytała Maryśka. – Kochanie, prawie wszystko jest gotowe, zostały mi tylko ciasta. Jeśli chcecie, możecie zrobić pierniki. – powiedziała.  – Tak! Świetny pomysł mamo. – uśmiechnął się Karol.Dzieci rozgniotły ciasto przygotowane przez mamę, a następnie rozwałkowały je dużym drewnianym wałkiem. Ponieważ nie miały gotowych foremek, same musiały je zrobić. Z szarego kartonu pośpiesznie wycięły choinki, zwierzęta i śmieszne ludziki. Rodzeństwo wygniatało foremkami wzory na cieście. Gdy uformowali już bardzo dużo pierników okazało się, że został jeszcze jeden, malutki kawałek ciasta. Był on jednak za mały na wycięte foremki, ale Pani Krysia nie chciała go wyrzucać.– Mamo ja go ulepię, sama, bez foremki. – powiedziała dziewczynka.– Bardzo proszę Marysiu, zrób z nim, co chcesz. – oznajmiła mama i podała mały kawałek córce.

Marysia długo zastanawiała się jak ma wyglądać piernik. Nagle wpadła na pomysł i po dokładnie siedmiu minutach ciężkiej pracy małej sześcioletniej dziewczynki powstałem, ja, właśnie ja. Do piekarnika dotarłem jako ostatni i jako ostatni z niego wyszedłem. Dziwicie się pewnie, dlaczego tak dokładnie opisuję ten piekarnik. Widzicie, jest to miejsce, kiedy po raz pierwszy mogłem ujrzeć Marysię, moją panią. Co minutę zaglądała do piekarnika, gdyż nie mogła doczekać się, by mnie zobaczyć. Wtedy również widziałem uśmiech Pani Krysi, która przyglądała się z podziwem córce.I w końcu nastał ten czas, wyszedłem. Tak jak wszystkie pierniki zostałem przeniesiony na przepięknym talerzu, który moja mała, lecz wielka sercem pani osobiście zaniosła na stół przy choince. Zbliżał się już wieczór, przy stole kręciła się gosposia, która nie mogła napatrzeć się na mnie, na dzieło małej Marysi. Do pokoju weszła Pani Krystyna.– Amelio czy już wszystko gotowe? – spytała.– Jeszcze tylko talerze i serwety.– Dobrze. A prezenty?– Wszystko, naprawdę wszystko jest gotowe. Proszę się nie martwić. – uśmiechnęła się gosposia.– Dziękuję ci bardzo Amelio.Pani Krystyna już miała wychodzić z pokoju, gdy gosposia nagle złapała ją za rękę.– Pani Krysiu, bardzo proszę, tak bardzo proszę. Nie zjadajcie piernika Marysi. – wtedy po raz pierwszy się uśmiechnąłem, w sercu, bo nie miałem jeszcze ust – ja, ja się nim zajmę,polukruję. Tylko nie marnujcie takiej pracy. Bardzo proszę Pani Krystyno. – mówiła Amelia.– Jeśli mnie tak bardzo prosisz moja droga, spełnię twoje życzenie. W końcu są święta. – powiedziała Pani Krystyna i pogodnie się uśmiechnęła. Po chwili obie wyszły z pomieszczenia.A ja samotny, leżąc na talerzu, patrzyłem na magiczną, pełną miłości choinkę i tak marzyłem, by na niej zawisnąć, gdy nagle do pokoju wbiegła Marysia.– Witaj pierniczku, co mi dzisiaj powiesz? – spytała. Niestety nie mogłem nic powiedzieć, bo nikt nie dorysował mi ust i dlatego właśnie nie mogłem doczekać się lukrowania Pani Amelki.– Kochany przyjacielu, zdradzę ci tajemnicę. – szepnęła – Podsłuchiwałam rozmowę mamusi i Amelii i wiem o lukrowaniu. Tylko nie mów im o tym. Ale pamiętaj, ja na pewno nie przeoczę twojego lukrowania, bo muszę dorysować ci oczka i buzię. – powiedziała. Marysia naprawdę mnie rozumiała, nawet bez słów. Do pokoju weszła Amelia. – Witaj moja droga, z kim rozmawiasz? – spytała. – Ja? Z nikim. – Pewnie coś mi się wydawało. Marysia zarumieniła się. – Amelio, wiesz, bo ja słyszałam jak broniłaś mojego piernika. Bardzo ci za to dziękuję, ale mam jedno pytanie. Bo ja też bym chciała tak lukrować jak ty, czy ja mogłabym ci pomóc?? – Oczywiście, właśnie przyszłam, by cię o to spytać. – Wspaniale, to chodźmy. – podskoczyła dziewczynka.

Marysia podniosła mnie z talerza i zaniosła do kuchni. Najpierw wyrysowała mi oczy i usta, a następnie polukrowała z małą pomocą gosposi, i tak następnie przeleżałem dwie i pół godziny. Gdy do kuchni pełnej wspaniałych potraw wbiegł Karol.  – Co by tutaj… – wyszeptał – mam!  Nagle głodny chłopczyk złapał mnie za nogę. I już miał mnie zjeść, gdy nagle wbiegła Marysia. – Nie! Karol! Zostaw! – krzyknęła. Chłopczyk położył mnie z powrotem na talerzu. – O co ci chodzi, mama i tak nie zauważy. – Jeść to i ja chcę, ale nie mój pierniczek. – powiedziała. – Dobra, masz tego piernika. Ale nie powstrzymasz mnie od innych potraw. – Oczywiście, że nie, bo ja też chcę spróbować wyrobów mamusi. – zaśmiała się Marysia.  – Maryśka! Tylko po troszeczku, żeby mama nie zauważyła. – Przecież wiem. – syknęła. Zaczęli pałaszować w kuchni. W końcu nadszedł ten moment, gosposia wynosiła już potrawy na stół. Goście chodzili po domu, a prezenty czekały już pod choinką. – Jak ja nie mogę się doczekać. – skakała Marysia. – Ja też. – powiedział Karol. Wszystko było już gotowe. Rodzina zasiadła do stołu. Jednak Marysia nie zapomniała o mnie, o swoim przyjacielu. Pośpiesznie pobiegła do kuchni, ucięła kawałek czerwonej wsążki i przywiązała ją do końcówki mojej głowy. Ostrożnie wzięła mnie w obie ręce i zaniosła pod choinkę. – Kochany pierniczku, bardzo bym chciała widzieć cię przez cały rok, codziennie od rana do wieczora, lecz wiem gdzie jest twoje miejsce. – Ostrożnie złapała mnie za czerwoną kokardkę i zawiesiła na choince. Wtedy spełniło się moje marzenie, w zasadzie spełniły się dwa moje marzenia. Ja, mały, ostatni ze wszystkich pierniczek, mogłem przeżyć wszystkie ludzkie uczucia. A trwało to zaledwie jeden dzień. Ale ta opowieść jeszcze się nie kończy. Widziałem wszystkie święta Marysi, jej córki i wnuków. Przeżyłem zarówno bogate, jak i biedne, skromne święta, lecz nigdy nikt nie widział takiej miłości, jak ja w oczach całej ich rodziny. Przekazywany z pokolenia na pokolenie, zawieszany zawsze na choince, widziałem również święta w czasie drugiej wojny światowej, gdy rodzina Walewskich spędzała ten magiczny dzień w piwnicy z kromką chleba, ujrzałem to uderzające podobieństwo Janeczki do mojej małej Marysi, tak nieprawdopodobne, że nie czułem nawet różnicy miejsca i czasu, czułem tylko ten zapach pomarańczy i goździków oraz miłość, prawdziwą miłość. Teraz, w roku 2008, gdy do świąt został tylko miesiąc, leżąc w pudełku z bombkami rozmyślam o Marysi i o jej poświęceniu dla mnie. Ona tak mnie rozumiała…

Julia

Cieszę się, że moje wnuki obdarowują nas tym, co mają dla nas najlepsze, sercem, umiejętnościami, często wykonują wszystkie prezenty same, wtedy skrzętnie je zbieram, wkładam w teczki, powstaje specjalne archiwum, a gdy dorosną oddam im te skarby poukładane w pięknych albumach, aby ich dzieci gdy dorosną mogły się nimi cieszyć. W ten sposób kultywuję tradycję, przekazuję wartości, które dla nas starszych są warte o wiele więcej niż prezenty kupowane w sklepach. A każdy prezent wykonany przez nich własnoręcznie jest bezcenny!

Wesołych  Świąt, szczęśliwych,

Rodzinnych, z ogromem miłości

Dla naszych Dalszych i bardzo Bliskich

Wasza Jadwiga

Serdecznie zapraszam do oglądania i komentowania filmu z moim udziałem dostępnego na YouTube.

Pozdrawiam przedświątecznie!
Jadwiga

FINALE! Rrysunek TaniWigilia przed nami, różne smakołyki pojawią się na stole. Zachęcam do zrobienia zupy łososiowej, która jest świetną alternatywą dla barszczyku czerwonego i grzybowej. Przepis przywiozłam z Islandii, gdy byłam gościem Islandzkiego Związku Badmintona na zawodach -międzynarodowych mistrzostwach Islandii w Reykjaviku jako Vice Prezydent Europejskiej Unii Badmintona, a pani Prezes  zaprosiła mnie na tę właśnie pyszną zupę. Przepis podaję na prośbę moich dzieci, ponieważ stwierdziły, że nie wszyscy są wielbicielami barszczyku czy też grzybowej, a taka odmiana w dzisiejszych czasach będzie nawet wskazana.

Składniki: 0,5 kg płatów łososia, 0,5 kg porów, 0,5 kg cebuli, 1,5 l wody, 2-3 kostki bulionu, 2 łyżki oliwy, 1 szklanka mleka, 1 pojemnik śmietany szefa kuchni, warzywa: 2 pietruszki, 2 marchewki, 0,5 kg ziemniaków obranych i pokrojonych w kostkę, 4 pomidory obrane ze skórki lub 1 puszka pomidorów pellati, 2 pęczki śieżego koperku.

Wykonanie: na patelni z oliwą należy zeszklić cebulę i pora, wodę gotujemy w garnku z dodatkiem warzyw, aż będą miękkie. Wrzucamy łososia ze skórą, gotujemy 5 minut. Wyjmujemy łososia na talerz, do garnka wrzucamy pory i cebulę zeszklone na patelni, dodajemy ziemniaki pokrojone w kostkę, wlewamy 1 szklankę mleka. Zagotowujemy wszystko. Do ugotowanej zupy wrzucamy połowę łososia obranego ze skóry (bardzo łatwo można ją zeskrobać widelcem, odchodzi bez problemu). Odlewamy 1/3 zupy, a pozostałą miksujemy, dodajemy resztę  obranego łososia , śmietanę i pokrojony drobno koperek.

Zupa jest świetna, ma piękny kolor, a jeżeli ma byś serwowana na wielkim przyjęciu, np. chcemy zabłysnąć przyjmując przyszłych teściów, dodajemy na wierzch po kilka krewetek koktajlowych – efekt zapewniony, a my zyskamy w oczach przyszłej teściowej podziw i sympatię !

Życzę smacznego!
Oraz samych udanych i pysznych potraw świątecznych!

Wasza Jadwiga

Bułeczki Prababci Broni mają swoją historię związaną z drugą wojną światową. Bułeczki Prababci BroniW czasie wojny  rodzice męża, wraz z Prababcią Bronią mieszkali w Łowiczu przy ul. Józefa Piłsudskiego 49. Ojciec był mierniczym przysięgłym, a od marca 1935 r. do 1945 r. prowadził własne biuro miernicze jako mierniczy przysięgły Księstwa Łowickiego. Przychodzili do niego różni klienci z różnymi sprawami. Był osoba znaną i szanowaną. W tym budynku znalazło schronienie wielu rekonwalescentów – uczestników powstania warszawskiego, operowanych w szpitalu mieszczącym się przy tej samej ulicy. Żeby jakoś zakamuflować spore dostawy żywności Maria (zwana Marcysią), wraz ze swoja matką Bronią, otworzyły małą piekarnię, aby przetrwać ten trudny okres i postanowiły wypiekać drożdżowe bułeczki. Okoliczni gospodarze przywozili do domu worki mąki i każdego ranka można było w sklepie obok domu dokonać zakupu świeżych bułek. Był to dla całej rodziny poważny zastrzyk gotówki ale też, jak się później okazało, pieczenie bułek  znakomicie tłumaczyło dowóz dużej jak na tamte czasy ilości mąki i żywności, która była niezbędna do wykarmienia większej liczby ukrywanych osób.

Bułki te do dziś są tradycją rodzinną, wspomnieniem trudnych czasów, wspomnieniem dwóch wspaniałych i bardzo dzielnych  kobiet: Prababci Broni i Babci Marcysi. Dla całej rodziny bułki są synonimem świąt oraz kontynuacją zwyczaju  rodzinnego przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Dziś pieką je wszystkie nasze dzieci, synowe, a nawet wnuki. Bułki pieczemy dzień przed Wigilią ja, Agnieszka, Ania i Jola. Po Wigilii każde z dzieci zabiera ze sobą koszyk świeżych bułek – nie może ich zabraknąć. W tym roku przygotowałam 5 kg mąki, aby wystarczyło dla wszystkich. W te jedne jedyne święta nie kupujemy żadnego pieczywa. Są tylko bułeczki, bułeczki Prababci Broni, ot tak po prostu.

Przepis na bułeczki Prababci Broni:

1 kg mąki, 100 g drożdży, 150 g masła, 1,5 – 1,75 szklanki mleka, 3 jajka, sól i trochę cukru.

Rozrabiam drożdże w ciepłym mleku wraz ze szczyptą mąki i cukru. Odstawiam na chwilę w ciepłe miejsce aby podrosły. Rozpuszczam masło w rondelku. Łączę wszystkie produkty: mąkę , jaja, mleko z drożdżami, wyrabiam mikserem grubą końcówka (może być w  malakserze), na końcu wlewam przestudzone masło i łyżkę oleju z pestek winogron. Wyrabiam jeszcze około 3-5 minut. Ciasto jest lśniące i miękkie. Urywam po kawałku i formuję z ciasta bułeczki – z trzech wałeczków wyplatam warkoczyk, owijam wokół palca i zlepiam tak jak bułkę, formuję maleńkie, miniaturowe chałki uplecione z trzech wałków ciasta, formuję rogaliki, precelki, solanki.  Blachy do pieczenia smaruję grubo masłem, układam bułki, rogale, precle i odstawiam na 10 min aby podrosły. Przed włożeniem do pieca wierzch smaruję rozkłóconym jajkiem i posypuję bułki, rogaliki i chałki makiem, natomiast precelki i solanki grubą solą i kminkiem. Piekę w temperaturze 220 stopni na jasnozłoty kolor – około 12-15 min każdą partię.  Pycha!

Smacznego!
Wasza Jadwiga

Mała Jadzia na skrzydle samolotu U nas zaczął się gorący okres przedświąteczny. Mieszkanie wypucowane, okna umyte, firanki uprane. Jutro czeka mnie sprzątanie w domu Pradziadków. Prababcia ( w szpitalu ale ma wyjść w środę) nic nie mówi ale wiem, że czeka i tylko spogląda na mnie, jakby chciała powiedzieć: „do roboty dziewczyno, do roboty, ja w twoim wieku to na 20 grudnia miałam już dom wysprzątany, bo następnego dnia sprzątać nie było można i nigdy nie sprzątano. 21 grudnia to w tym roku dzień 85. urodzin Pradziadka Szczepana. W tym dniu można było tylko przyjechać z życzeniami i kwiatami na kawę lub herbatę. Tego dnia kto mógł, przyjeżdżał choćby na chwilę. W tym roku 21 grudnia wypada w poniedziałek, więc wszyscy wpadną choćby na chwilkę w niedzielę (jako, że okres przedświąteczny), bo to ostatnie godziny przygotowań, zakupów, upominków, ale tradycji musi stać się zadość.

Pradziadek jest warszawiakiem z dziada, pradziada. Kocha Warszawę miłością wielką i jedyną – nie licząc w tych rachunkach absolutnie Prababci – Jego wielkiej miłości młodzieńczej. To właśnie mój tata pokazywał mi Warszawę, uczył mnie historii miasta, opowiadając o niej wszystko co wiedział, o każdym budynku, a zaczął od razu po powrocie do Warszawy z przymusowych robót. Gdy miałam dwa-trzy lata nosił mnie na barana – pierwsze zdjęcia tych eskapad mam, gdy siedzę na skrzydle samolotu w Muzeum Wojska Polskiego – rok chyba 1947. Następnie jako dużą (5-6 letnią) dziewczynkę prowadzał na spacer – tego wymagała najwyższa sił przywódcza w naszej Rodzinie – Prababcia – każdego dnia co najmniej 1,5 godzinny spacer lub dłużej. W ten sposób przedreptałam bodaj całą Warszawę, zawsze zadając rezolutne pytania: a dlaczego taka duża, a dlaczego zniszczona, a dlaczego, no powiedz dlaczego? Nie było mowy o tym, aby pytanie pozostało bez odpowiedzi. Pytałam i pytałam aż uznałam, że tatko już mi wszystko opowiedział, ale czy tak było naprawdę? Nie wiem. Wiem tylko, że nasze spacery były długie i męczące, a każdy powrót kończył się jazdą na barana. W ten sam sposób byłam wprowadzana na wszystkie imprezy sportowe – najczęściej do Hali Mirowskiej, gdzie wówczas polska szkoła boksu odnosiła sukcesy. Ja tego nie rozumiałam, ale jak gąbka nasiąkałam emocjami z imprez sportowych. Ojciec pracował jako kierowca autobusów, stąd nasze wycieczki były urozmaicone, szczególnie wtedy, gdy mama zabierała nas z bratem na spotkanie z tatą (donosiliśmy mu herbatę i kanapki). Wtedy można się było przejechać autobusem po Warszawie, a trwało to i trwało, ku naszej uciesze, bo z okien autobusu było widać wszystkich i wszystko. Jaka radość, gdy jechało się Chaussonem (takie autobusy otrzymała Warszawa od Francuzów), następnie były nasze Jelcze, Ikarusy sprowadzane z Węgier. Coraz to nowsze i lepsze, tak mówił tata, a myśmy mu wierzyli absolutnie! I tak po tej swojej Warszawie przez 43 lata przejechał wiele setek tysięcy, a może nawet i milionów kilometrów, za co otrzymał odznaczenie Prezydenta m.st. Warszawy „Warszawską Syrenkę”,  a za bezwypadkową jazdę odznaczenia: brązowe, srebrne i złote „Zasłużonego Kierowcy”.

Dzisiaj, po wielu latach wiem, że to On nauczył mnie Warszawy, to dzięki niemu znam ją i pokochałam.Teraz to ja wożę swojego „Staruszka”, pokazuję mu tę Jego Warszawę, Śródmieście, nowe estakady przy ul. Czerniakowskiej, trasę Siekierkowską z  nowym mostem. Ostatnio, to chyba było na początku listopada, wracając z cmentarzy przejechaliśmy przez Warszawę wolno, a ja tak jak  kiedyś zadawałam mu pytania – no a teraz gdzie jesteśmy, a teraz? Poznawał, tylko od czasu do czasu pociągał nosem. Na koniec zaś powiedział: Wiesz, to naprawdę niesłychane jak wypiękniała ta nasza Warszawa! Wiem, że każdy wyjazd z domu traktuje jako ciąg dalszy naszych pieszych spacerów, tylko teraz On jest siwy jak gołąbek, marnie chodzi i czasami ma kłopoty z pamięcią. Nigdy jednak, gdy chodzi o poszczególne dzielnice Jego Warszawy. To zadziwiające! Najbardziej ukochał Stare Miasto z kolumną Zygmunta, Plac Teatralny, Ogród Saski, ul. Kamienne Schodki, Brzozową, Świętojańską z Katedrą Św. Jana. Most Poniatowskiego, obecnie zburzony Stadion X-lecia (pewnie dlatego, że wygraliśmy na nim mecz Polska-USA w lekkiej atletyce) w miejscu, gdzie teraz rośnie Stadion Narodowy, Al. Jerozolimskie, MDM, al. Ujazdowskie, Belweder, ul. Sobieskiego poprzez Sadybę  aż do Wilanowa.

21 grudnia przed nami – będzie tort, świeczki, „sto lat” a może i więcej i cała rodzina znów razem. Niestety kilku osób zabraknie, odeszły na zawsze – z mojej i męża rodziny. Nie będzie też na urodzinach miłości Jego życia: Kaziuni, Prababci Kazi, aktualnie leżącej w szpitalu. Ale będzie cała rodzina, Ci, którzy przyjadą, będą znów życzliwi, pogodni, choć zagonieni i czasami codziennością zmęczeni.

Przecież to ostatnie chwile przed tymi cudnymi świętami Bożego Narodzenia! Razem z dziewczynami lepiąc pierogi ustaliłyśmy wigilijno-świąteczne menu. W tym roku o dziwo będą znów: śledzie z cebulką w oleju, śledzie pod pierzynką, pierożki z kapustą i grzybami, barszczyk czerwony, zupa grzybowa z łazankami własnej roboty, ryba faszerowana z rodzynkami, śledzie kresowe – zwane śledziami Joli, sałatka z selera z ananasem i jabłkami w sosie curry, sola pod beszamelem, kapusta z grzybami i obowiązkowo bułeczki drożdżowe babci Broni – pieczone dzień przed Wigilią. A dla tych, którzy dotrwają do końca  i zostanie im choć trochę miejsca w brzuchach będą słodkości: litewskie śliżyki, tort makowy, ciasto norweskie – nazywane tak przez dzieci, bo przypomina im śnieg i mróz, ale jest ono jak najbardziej polskie, choć przepis przyjechał z Norwegii, sernik i kompot z suszonych owoców. Dzieci jak zwykle same przygotują naleśniki z serem i bakaliami z polewą czekoladową, gdyż ze wszystkich ryb ta właśnie potrawa jest przez nich najwyżej ceniona. Do słodkości podam nalewkę z pigwy – oczywiście mojej roboty, a do śledzi i ryb po kieliszku zimnej wódki.

Śliżyki to: mak zalany wrzątkiem – wodą lub mlekiem, odstawiony na kilka godzin, odcedzony i zmielony dwukrotnie, do którego dodaję bakalie według uznania, skórkę pomarańczową, zmielone orzechy, roztopione masło i miód, a na końcu 0,5 l śmietany 18%.

Do wyrobionej masy wkładam ciasteczka krucho-drożdżowe (piekę je na zakończenie wypieku bułek, wykorzystując trochę odłożonego ciasta: dodaję do niego masło, cukier, i trochę mąki. Wyrabiam, formuję wałeczek i kroję jak kopytka. Piekę 8 minut w piekarniku na złoty kolor).

Podaję również przepis na pyszną surówkę z selera z ananasem i jabłkami:

1 cały seler, 4 jabłka, 1 świeży ananas, 1 puszka z ananasami odsączonymi z syropu, 2 łyżeczki curry, 5- 7 dużych łyżek majonezu, do smaku  torebka cukru waniliowego.

Seler obieram, trę na tarce z dużymi oczkami (można w malakserze), obieram jabłka i też ucieram na tarce jarzynowej, obieram ananasa – ucinam wierzchołek i dół, odcinam skórę tnąc od góry do dołu (ananasa opieram o deskę, aby się nie skaleczyć). Kroję na cztery części, wycinam łykowaty środek, kroję w paski a następnie drobno. Odsączam ananasa w puszcze, kroję drobno, dodaję do surówki. Do tego cukier waniliowy, majonez i curry, wszystko mieszam, wstawiam do lodówki, aby się wymieszały smaki.

Ustaliłyśmy z dziewczynami, że o 24.00 tradycyjnie, całą rodziną idziemy na Pasterkę do naszego Kościoła.

Smacznego!

Wasza Jadwiga

Content Protected Using Blog Protector By: PcDrome.